Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
312 postów 4182 komentarze

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

McCartney nie żyje!

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

47. rocznica śmierci muzyka czy narodzin plotki?

 

Praca nad Abbey Road – jedenastym studyjnym albumem angielskiej grupy The Beatles trwała od lutego do sierpnia 1969 w londyńskim studiu nagrań przy ulicy Abbey Road pod numerem 3. Na 17 utworów, które znalazły się na płycie, wokal prowadzący sześciu z nich należał do McCartneya, dwa nagrania muzyk współwykonuje z George’em Harrisonem i Johnem Lenonnem, a na jednym, oprócz niego i dwu pozostałych, śpiewa Ringo Starr.

Rzecz w tym, że McCartney, tak aktywny podczas prac nad albumem (z Lennonem napisał też większość utworów znajdujących się na płycie), od ponad trzech lat nie żył.

Dzień po ciężkiej nocy

Paul McCartney w środę 9 listopada 1966 r., o 5 rano, po ostrej wymianie zdań z pozostałymi członkami zespołu, opuścił studio nagrań, gdzie muzycy omawiali sprawę rozpoczęcia albumu Orkiestra złamanych serc sierżanta Peppera, i udał się samochodem do domu. W pewnym momencie oderwał wzrok od drogi, przenosząc go na stojącą na chodniku atrakcyjną dziewczynę, kontrolerkę miejskich parkometrów, o imieniu Rita. Może gdyby Paul był Napoleonem, nic by się nie stało – ten, jak wiadomo słynął z podzielności uwagi. Ale Paul nie był Bonapartem, był McCartneyem. A to za mało, by patrząc na dziewczynę, jednocześnie dostrzec, że światło na skrzyżowaniu, do którego się zbliżał, zmieniło się na czerwone. Muzyk wjechał na krzyżówkę i uderzył z rozpędem w nadjeżdżający pojazd. Jego samochód zapalił się. On sam doznał bardzo poważnych obrażeń, jego ciało uległo daleko idącej deformacji, a utrata wszystkich zębów sprawiła, że nie można go było zidentyfikować nawet na podstawie karty dentystycznej. Nazajutrz w gazecie ukazał się artykuł o wypadku, tekst jednak został ocenzurowany, po czym – to już chyba dla pewności – cały nakład wycofano. Również policyjny raport nie został rzetelnie opracowany.

Ringo Starr, perkusista zespołu, w wywiadzie opublikowanym przez Barbarę Johnson w „World News Daily Report” w lutym 2015 r. oświadczył: na wieść o śmierci Paula wszyscy wpadliśmy w panikę. Zespół, który koncertował publicznie od sześciu lat, osiągając niebywałe sukcesy i olbrzymią popularność, nagle utracił swoją „lokomotywę” – autora i współautora większości przebojów, doskonałego gitarzystę, obdarzonego rozpoznawalnym przez wszystkich fanów głosem, wielbionego przez miliony nastolatek – nabywczyń biletów i płyt.

Czterech mędrców z Liverpoolu

Brak McCartneya oznaczał rychły upadek zespołu, utratę olbrzymich zysków, zarówno pozostałej trójki, jak i ich menedżera. Pamiętajmy też, że zespół The Beatles stawał się „ikoną popkultury” – jak to się dziś określa modne kapele – której swoistego autorytetu chcieli użyć do swych celów „inżynierowie dusz ludzkich”, walczący z tradycyjną kulturą i wartościami Ameryki, takimi jak patriotyzm, patriarchalizm, religijność. Staliśmy się bardziej popularni od Jezusa – wygłupił się w jednym z wywiadów John Lennon. Nie wiadomo, czy Lennon był wówczas pod wpływem ulubionych środków odurzających, czy mówił to, co mówił, mimo że nie był.

Fakt pozostaje faktem: swą wypowiedzią wzbudził konsternację wielu Amerykanów. Doszło nawet do ostentacyjnego palenia płyt zespołu. Był marzec 1966 r., a zespół już od ponad roku przeżywał swoistą metamorfozę, a może raczej „reinkarnację”, biorąc pod uwagę ich nagłą fascynację hinduizmem, Hare-Krishną, kadzidełkami i innym odorem z tajemniczego, zwłaszcza po indyjskich konopiach, Wschodu. Krótko mówiąc, z grupy „chłopaków z Liverpoolu”, śpiewającej łatwo wpadające w ucho „kawałki” typu „ja kocham cię, ty kochasz mnie – je, je, je…”, stali się mędrcami przekazującymi ważne, dla budowy nowego porządku światowego, ideologicznie treści: o pacyfizmie, o tym, że ludzie powinni się ze sobą kochać (a ściślej kopulować), a nie walczyć (make love no war); o tym, że jeżeli ksiądz, pastor, ojciec, nauczyciel, dowódca, to na sto procent jest to idiota i psychol, a matka, żona, narzeczona – molestowana, a w najlepszym wypadku, nadużywana; o tym, że jeśli religia objawiona, to tylko po marihuanie albo LSD, i tym podobne rzeczy i hasła, które podniecają pewne grupy po dziś dzień.

Co ciekawe, mimo że Beatlesi z estymą odnosili się do Elvisa Presleya, a Lennon przypodchlebiał mu, mówiąc że przed Elvisem nie było niczego, król rock and rolla nie odwzajemniał tych karesów. Wprawdzie przyjął ich w swym apartamencie w Californii w sierpniu 1965 r., ale na pytanie Johna i Paula, czy zechciałby nazajutrz złożyć im rewizytę w domu, który wynajmowali na czas przyjazdu do Stanów, miał odpowiedzieć: „zobaczymy”. Według Priscilli Presley, córki muzyka, nie miał zamiaru odwzajemnić wizyty. I tak też się stało – było to ich pierwsze i ostatnie spotkania.

Po latach mówiono, że Elvis kibicował tajnym działaniom CIA, mającym na celu zablokowanie popularności The Beatles w USA. Sam Presley miał mówić, że angielski zespół ma zły wpływ na młodzież, co mogłoby się wydawać mało przekonujące w ustach człowieka, któremu u progu kariery zarzucano lubieżne poruszanie biodrami podczas wykonywania utworów. Jednak z drugiej strony – Elvis, ruszał czy nie ruszał, był człowiekiem wierzącym w Chrystusa, nie w Buddę czy innego guru Dalekiego Wschodu, nie stronił od muzyki gospel, nie jojczył mantr czy utworów mantropodobnych, nie uciekał przed wojskiem, choć w tym czasie był już tak popularny, że łatwo można go było od tego zaszczytnego obowiązku wyreklamować.

Ach ten wąsik…

Zbyt duże pieniądze oraz nadzieje i plany bardzo wpływowych grup stały za zespołem, żeby można było przejść do porządku dziennego nad takim pechem, jak nagła i niespodziewana śmierć jednego ze śpiewaków, i ujawnić światu smutna prawdę. Nie jest tajemnicą dla osób badających fenomen beatlemanii, że przynajmniej od pewnego momentu grupą zainteresował się Instytut Tavistock, ulokowany na terenie londyńskiego City oraz uniwersytetu w Sussex. Dr John Coleman w książce na temat Instytutu pisał, że powstał on zaraz po wojnie i zajął się kształtowaniem moralnego, kulturalnego, politycznego i ekonomicznego upadku zrazu Anglii, a później również Stanów Zjednoczonych. W planach Instytutu Tavistock zespół The Beatles miał przejąć bunt młodzieży i nadać mu odpowiedni dla „inżynierów dusz ludzkich” kierunek, formę i treść (Todd van Luling w „The Huffington Post”, marzec 2014).

Menedżer zespołu Brian Epstein wpadł na pomysł, aby urządzić w tajemnicy casting na osobę najbardziej podobną do Paula. Zwycięzcą castingu został niejaki William Campbell, policjant z Kanady, łudząco podobny do McCartneya. Wyników konkursu oczywiście nie podano do wiadomości publicznej, a Campbellowi zaproponowano nieprawdopodobny układ – miał udawać Paula McCartneya! Przy pomocy chirurgii plastycznej zlikwidowano minimalne różnice w wyglądzie. Teraz jedyną istotną różnicą między tą dwójką była blizna na górnej wardze u Campbella, tego nie udało się zlikwidować: Billy okazał się całkiem dobrym muzykiem i był w stanie wykonać utwór prawie lepiej niż Paul – mówił Ringo Starr. Na zamieszczonych na portalu „World News Daily Report” dwóch zdjęciach z 1966 r., fotografia po lewej przedstawiała McCartneya przed listopadowym wypadkiem, a po prawej – osobę łudząco do niego podobną. Na zdjęciu z lewej widzimy twarz owalną, a z prawej – pociągłą. Poza tym widać też wyraźne różnice w kształcie oczu i nosa.

Tak więc nie tylko blizna, również widoczna na zdjęciu, była dowodem na to, że w rzeczywistości fotografia przedstawia dwie różne osoby: ta po lewej – McCartneya, a ta po prawej – Billego Campbella. Z blizną można było coś zrobić. Stworzono legendę, że Paul miał wypadek na motorowerze 26 grudnia 1966 r., wskutek czego stracił ząb i miał zszywaną górną wargę. Wkrótce muzyk zaczął nosić obfite wąsy. W dodatku Beatlesi zaprzestali koncertowania przed publicznością, tłumacząc, że… krzyki i piski fanów zagłuszają ich muzykę. Zamknęli się w studiu nagrań. Teraz już nikt nie miał możliwości zajrzeć McCartneyowi w zęby albo analizować na żywo, czy głos muzyka jest tym samym, który rozbrzmiewał przed wypadkiem. Niby wszystko poszło jak zaplanowano, ale od tej pory już nic nie było takie jak przedtem… Rozpoczął się ostatni okres historii The Beatles, zakończony gwałtownym i niespodziewanym rozpadem zespołu, mimo odnoszonych cały czas sukcesów. Dlaczego tak się stało? Problemem było to, że [Billy Campbell – przyp. red.] nie mógł się w ogóle dogadać z Johnem – mówił Ringo Starr we wspomnianym wywiadzie.

Zabity na śmierć?

A może nie był to jedyny powód? Może równie istotną przyczyną anihilacji grupy było to, że skrzętnie ukrywana informacja o śmierci Paula McCartneya wyszła niespodziewanie na jaw? Zresztą, może niekoniecznie – niespodziewanie? Ale po kolei…

Pierwsza znana pogłoska o śmierci Paula ukazała się w druku 17 września 1969 r. w artykule, którego autorem był Tim Harper. Tekst ukazał się w „The Times-Delphic”, czasopiśmie uniwersyteckim The Drake University w Des Moines w stanie Iowa. Harper powiedział później, że informację otrzymał od kolegi, który nazywa się Dartanyan Brown. Brown z kolei oświadczył, że historię opowiedział mu muzyk, który usłyszał ją na kalifornijskim zachodnim wybrzeżu. Poza tym można ją było przeczytać w jakimś undergroundowym piśmie.

Jednak prawdziwy przełom nastąpił prawie miesiąc później, 12 października 1969 r. Informację, że Paul McCartney nie żyje, ogłosił Russ Gibb – DJ w jednej rozgłośni znajdującej się w Dearborn – po tym jak ktoś, przedstawiający się jako Tom, zadzwonił do niego z wieścią o tym, że muzyk nie żyje od ponad trzech lat. Rozmówca zasugerował również Gibbowi odtworzenie od tyłu piosenki Revolution 9, wydanej rok wcześniej. Puszczając utwór wspak, można usłyszeć słowa Turn me on, dead man (Podkręć mnie, martwy człowieku).

Audycji słuchał Fred Labour, student z Michigan, który zainspirowany wskazówkami rozmówcy Gibba, zaczął analizować płytę oraz okładkę nowo wydanego albumu The Beatles. Płyta „Abbey Road” wydana została 26 września 1969 w Wielkiej Brytanii oraz 1 października 1969 w USA. 14 października 1969 roku w gazecie „The Michigan Daily” Fred Labour wraz z Johnem Grayem opublikowali recenzję albumu „Abbey Road” zatytułowaną McCartney dead; new evidence brought to light (McCartney nie żyje; nowe dowody wyszły na światło dzienne), gdzie udowadniali, że informacje o śmierci McCartneya znajdują się na okładce oraz w tekstach niektórych piosenek.

Obwoluta płyty przedstawia Beatlesów przechodzących po pasach przez ulicę: John reprezentuje kaznodzieję, Ringo – niosącego trumnę, Paul jest zmarłym, a George grabarzem. Paul ma zamknięte oczy i bose stopy, co symbolizuje martwego człowieka. Paul nie idzie tak jak inni Beatlesi – ma do przodu wysuniętą prawą nogę, a inni lewą. Paul trzyma papierosa w prawej ręce. Na gitarze basowej grał lewą, a więc – oszust. Po prawej stronie zaparkowany jest samochód z zakładu pogrzebowego lub karetka. Samochód daleko w tle wydaje się jechać prosto na Paula. Volkswagen „garbus”, zaparkowany po lewej, ma rejestrację 28IF (a raczej 281 F). Paul miałby w momencie zrobienia tej fotografii 28 lat, gdyby (ang. if) żył. Na tej samej rejestracji są też litery LMW, czyli „Linda McCartney Weeps” (Linda McCartney szlocha).

Również tylna strona okładki zawiera ważne wskazówki: idąca po prawej stronie kobieta w niebieskiej sukience ma przedstawiać Ritę, która spowodowała wypadek, „S” w napisie The Beatles jest umieszczone na zarysowanej pęknięciem części muru, który jest uszkodzony, niczym zespół po śmierci Paula, a kropki po lewej stronie napisu po połączeniu tworzą cyfrę 3, która oznacza aktualnie żyjącą liczbę członków zespołu.

Ważne są również teksty piosenek, bo i w nich zamieszczone są informacje o śmierci Paula McCartneya. I tak w utworze Come together – come together, right now, over me (zgromadźcie się wszyscy razem, teraz, nade mną), oznaczać ma – zgromadźcie się nad grobem Paula. Inny zwrot występujący w tej piosence – one and one and one is three (jeden i jeden i jeden daje trzy) jest aluzją do trzech żywych Beatlesów. He got monkey fingers (on ma małpie palce) – zmarłym palce kurczą się i wykrzywiają, jak u małpy. He got hair, down below his knees (ma włosy, poniżej kolan) – zmarłym nawet po śmierci rosną włosy, choć niekoniecznie poniżej kolan. Ale w przypadku tak kultowej postaci, może natura zrobiła wyjątek? Inny utwór z tej płyty, w którym doszukano się tajemnych znaków to She came in through the bedroom window. Zawiera on sugestywny, według wspomnianych recenzentów, zwrot: So I quit the police department and got myself a steady job (Odszedłem więc z departamentu policji i załatwiłem sobie stałą pracę). Chodzi o to, że William Campbell odszedł z policji, żeby stać się na stałe sobowtórem Paula.

Psychodeliczni też mają sumienie

Czy dwaj młodzi ludzie, dokonując tej swoistej egzegezy płyty, dali się ponieść fantazji? Być może tak właśnie było. Trudno wszak nie uznać, że niektóre z ich argumentów (może większość?) na rzecz prawdy o śmierci Paula McCartneya są naciągane. Z drugiej jednak strony, Ringo Starr w swym wywiadzie potwierdzał, że zespół nie czuł się najlepiej ze świadomością, że oszukuje ludzi: Chcieliśmy tedy powiedzieć światu prawdę, ale baliśmy się reakcji. Myśleliśmy, że cała planeta będzie nas nienawidzić za te wszystkie kłamstwa na temat Paula. Więc, aby trochę ulżyć sumieniu, zaczęliśmy w swych albumach przemycać informacje o śmierci McCartneya oraz zastąpieniu go sobowtórem. Kiedy w 1969 prawda zaczęła powoli wychodzić na jaw, John Lennon miał tego wszystkiego nerwowo nie wytrzymać i pożegnał się z zespołem – kontynuował Ringo.

Młodzi z Michigan byli pierwszymi, którzy spojrzeli na okładki albumów i teksty zawartych tam utworów pod kątem odnalezienia przekazu o zakodowanych w nich informacjach na temat McCartneya. Nie byli jednak ostatnimi. W 1979 r. dwaj znawcy zespołu The Beatles, Joel Gasiler i Dave Fox, w audycji „Czy Paul nie żyje? Podkręć mnie, umarły człowieku”, znów zajęli się sprawą, która eksplodowała dekadę wcześniej. Problem śmierci McCartneya ponownie wrócił i stał się tematem ożywionych dyskusji i spekulacji. Program trwał godzinę, podczas której Gasiler i Fox analizowali okładki i teksty wszystkich albumów zespołu, począwszy od Orkiestra samotnych serc sierżanta Peppera, którego nagrywanie rozpoczęto miesiąc po śmierci McCartneya – w grudniu 1966 r., a skończywszy na ostatnim, wydanym przez Beatlesów (choć nie ostatnim nagranym wspólnie, gdyż tym był Abbey Road) Let it be (1970). Fani zespołu oszaleli, bowiem teraz już każdy mógł, krok po kroku, poznać informacje o śmierci Paula zakodowane w ikonografii albumów oraz usłyszeć je w odtwarzanych od przodu czy od tyłu tekstach. Dziś na wielu portalach poświęconych tematowi można znaleźć obszerne analizy poszczególnych albumów z lat 1966-1970, okładek i treści piosenek, dowodzące, że mówią one wyraźnie, iż Paul is dead!

To w końcu jak – żyje czy nie żyje?

Udzielając wywiadu w styczniu 2015 r., Ringo Starr wyjaśnił, że długo zastanawiał się nad tym, czy ujawnić całą prawdę. W końcu uznał, że tak, gdyż w wieku 74 lat został ostatnim członkiem The Beatles i obawiał się, że po jego śmierci nikt już nie będzie w stanie dociec prawdy. Krytycy rewelacji Ringo Starra podkreślają, że cały wywiad jest fałszywką, bowiem „Hollywood Inquirer”, w którym pierwotnie miał się ukazać ekskluzywny wywiad z Ringo, od dawna nie wychodzi, a „World News Daily Report”, w którym został opublikowany pod koniec lutego 2015, jest pismem satyrycznym, szukającym tanich sensacji. Poza tym pani Barbara Johnson, która zamieszczenie wywiadu sygnowała swoim nazwiskiem, to młoda osoba, wcześniej zarabiająca na życie jako pornstar. I choć uprawiana do tej pory profesja dawała niejaką gwarancję, że zapalczywa pogoń za nagą prawdą leży w jej naturze, to jednak młody wiek mówił z kolei, że zarówno dorobek pani Barbary, jak też doświadczenie w zawodzie nie są wielkie. Przynajmniej jeśli chodzi o żurnalistykę.

Należy jednak podkreślić, że obrońców tezy o tym, że Paul jest od dawien dawna nieboszczykiem, a w jego imieniu starzeje się Campbell, można znaleźć, zwłaszcza w USA, bardzo wielu.

Amerykański prawnik Francis Lee Bailey, znany m.in. z tego, że był współobrońcą w słynnym procesie aktora Orenthala Jamesa Simpsona, oskarżonego o zabójstwo dwóch osób, w programie emitowanym 30 listopada 1969 r. przez lokalną telewizję w Nowym Jorku udowadniał, że teorię o śmierci Paula McCartneya można zarówno podważać, jak i w bardzo wiarygodny sposób bronić.

Niedawno na temat śmierci Paula McCartneya nakręcony został film pt. „Paul McCartney Really Is Dead: The Last Testament of George Harrison” (Paul McCartney zginął. Ostatni testament Georga Harrisona). Film powstał w 2010 r. w reżyserii Joela Gilberta. Autorzy filmu na podstawie taśm z zapisem „głosu Georga Harrisona” starają się udowodnić, że Paul McCartney zginął w wypadku samochodowym, a jego miejsce od lat zajmuje sobowtór.

Reżyser twierdzi, że 1 lipca 2005 r. pracownicy studia Highway 61 Entertainment w Hollywood odebrali niezamówioną przesyłkę. Nie było na niej adresu zwrotnego, ale stemple wskazywały, że została nadana w Londynie. W środku znajdował się dyktafon oraz dwie kasety podpisane słowami „Testament Georga Harrisona”. Harrison zmarł w 2001 r. Głos na taśmach, podający się za członka legendarnej grupy The Beatles, opowiedział to, o czym dziesięć lat później powie Ringo Starr. Krótko mówiąc, potwierdził krążące od jesieni 1969 r. informacje o śmierci McCartneya. Pracownicy studia Highway 61 Entertainment przez 5 lat próbowali zbadać autentyczność nagrań. Specjalistyczne testy przeprowadzone zostały w trzech różnych laboratoriach kryminalistycznych. Żaden wynik nie był jednoznaczny.

Oczywiście zarówno McCartney/Campbell, jak i John Lennon, dopóki żył, oraz wielu ich fanów i hmm… dawnych protektorów dementowali, dementują i dementować zapewne będą wszystkie rewelacje o tym, że Paul jest martwy. Ale testów DNA jak na razie nie wykonano. Może to i lepiej?

---

http://warszawskagazeta.pl/teoria-spisku/item/4158-mccartney-nie-zyje-47-rocznica-smierci-muzyka-czy-narodzin-plotki

KOMENTARZE

  • --- swego czasu interesowałam się tematem
    ---wygląda na to,że ! rzeczywiście McCartney zginął. Spotkanie u Królowej + służby było znamienne w skutkach tzn. UMARŁ KRÓL, niech żyje król.

    W tamtym czasie można było być sceptycznym co do teorii duplikatu, jednak dzisiaj !! mając wiedzę KOGO i CO ! można podmienić , bezkarnie , niezauważenie .........

    Jaki grupa miałaby cel w kreowaniu / plotki / o śmierci przyjaciela ?, zwłaszcza w tak zakamuflowany sposób. Harrison dopiero pośmiertnie !! się odważył , a to już jest dowodem na PRAWDĘ .
  • Autor
    *5
  • 47 ? A może 50?
    Jaka 47-ma rocznica? Zbliża się teraz 50-ta. Będzie 9-go listopada. 2016 - 1966 = 50.

    Utwór mantropodobny - muszę zapamiętać :)

    Nie ma bata. Casting musiał mieć w regulaminie warunek muzykalności. Np umiejętność gry na gitarze i śpiewania. Ciekawe jak było z tą leworęcznością w castingu. Gitarzysta już grający, mający się szybko przestawić na mańkuta, w takim instrumencie, to rzecz niewyobrażalna.

    W końcu prawda wyjdzie na wierzch, bo bliscy dobrze wiedzą gdzie pochowano Paula.
  • @Mufinek Sposypkom 21:33:12
    ----nowy McCartney nie był z łapanki .FAN ! podobny , gitarzysta itd. Parę operacji plastycznych załatwiło resztę.
  • @ALL
    http://maccaboard.paulmccartney.com/phpBB2/viewtopic.php?p=2932075&sid=8ed58c8384d5b692e995fc657f99124c

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

ULUBIENI AUTORZY