Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
431 postów 4703 komentarze

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

Jak bezpieka inwigilowała artystów w PRL-u?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

| Autor: Paweł Stachnik...

 

Podsłuchiwano ich, śledzono, otaczano tajnymi współpracownikami, cenzurowano utwory… Wachlarz środków stosowanych przez SB wobec peerelowskich artystów był o wiele szerszy, niż by ci się wydawało. Czy Twojego ulubionego piosenkarza też śledzono? Czy zbierano brudy na ludzi, na których muzyce się wychowałeś?

Popularni, uwielbiani, podziwiani przez setki tysięcy młodych ludzi. Myślowo, a niekiedy i materialnie, niezależni. Często wyjeżdżający za granicę. Mający dostęp do tamtejszej kultury: muzyki, gazet, książek, filmów. Występujący na Zachodzie i zarabiający „prawdziwe pieniądze”. Nic dziwnego, że artyści w PRL-u byli przedmiotem specjalnego zainteresowania ze strony Służby Bezpieczeństwa.

Szantaż, groźby i… wiara w socjalizm

Najczęściej wykorzystywanym sposobem inwigilacji było po prostu pozyskanie artysty – piosenkarza, muzyka, aktora – na tajnego współpracownika. Robiono to różnymi sposobami: namowami, przekupstwem, szantażem, groźbami. Niektórzy łamali się i podpisywali zobowiązanie do współpracy, inni robili to z przekonania, jeszcze inni – za konkretne materialne wynagrodzenie.

Popularny aktor Maciej Damięcki przyłapany w 1973 roku na prowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu, by nie stracić prawa jazdy, zgodził donosić na SB. Z jego teczki wynika, że opowiadał funkcjonariuszom o swoich kolegach-aktorach, między innymi o Gustawie Holoubku, Piotrze Fronczewskim, Danielu Olbrychskim i Marku Kondracie. Za współpracę Damięcki nie dostawał pieniędzy, lecz upominki – na przykład drogie alkohole.

Zmuszony szantażem do współpracy z SB Damięcki opowiadał agentom bezpieki o swoich kolegach po fachu, między innymi Danielu Olbrychskim. Na zdjęciu stoi z lewej, obok Andrzej Wajda.

fot.domena publiczna Zmuszony szantażem do współpracy z SB Damięcki opowiadał agentom o swoich kolegach po fachu, między innymi Danielu Olbrychskim. Na zdjęciu stoi z lewej, obok Andrzej Wajda.

Inny – głośny niedawno – przykład to współpraca z SB znanego aktora Jerzego Zelnika. Podpisał zobowiązanie do współpracy na początku lat 60., a pozyskano go… na zasadzie dobrowolności. W jednej ze swoich wypowiedzi Zelnik stwierdził, że w tamtym czasie uważał, iż współpracując z SB zachowuje się jak trzeba, ponieważ głęboko wierzył w ustrój socjalistyczny…

Kierownicy i menedżerowie to były esbeckie wtyczki

Praktycznym sposobem inwigilowania artystów, głównie muzyków, było otoczenie ich ludźmi współpracującymi ze Służbą Bezpieczeństwa, na przykład menedżerami, impresariami lub kierownikami muzycznymi. Jak w książce „Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości”opowiada Alicja Klenczon, żona lidera Czerwonych Gitar:

wszyscy wiedzieli, że kierownicy i menedżerowie to były esbeckie wtyczki, a w dodatku robili własne interesy, dając zarobić własnym żonom i innym członkom rodziny. Ale w tamtym systemie przy zespole musiał być ktoś, kto dobrze poruszał się w muzyczno-partyjnych układach.

 

W przypadku Czerwonych Gitar był to menedżer Jan Górecki z warszawskiej Estrady. „Znał kilka języków i organizował większość zagranicznych tras Czerwonych Gitar (…). Górecki umiał rozmawiać z ludźmi i właściwie nie było sprawy, której nie był w stanie załatwić. Podejrzewaliśmy, że ma jakieś związki z SB albo wywiadem. Górecki znał wszystkich w Pagarcie, gdzie decydowano, kto pojedzie na trasę koncertową za granicę. A wszyscy chcieli jeździć, bo najlepiej się na tym zarabiało”, wspomina Alicja Klenczon.

Ale by wyjechać, trzeba było mieć paszport. Wydanie go zaś zależało od dobrej woli władzy. Był to jeden z istotniejszych elementów kontroli społeczeństwa w PRL-u, ale też narzędzie szantażu i nagradzania jednostek.

Ludzie z hakiem w życiorysie nie mogli liczyć na otrzymanie upragnionej niebieskiej książeczki z orłem na okładce. Tak było z Alicją Klenczon, której wielokrotnie odmawiano przyznania paszportu, przez co przez dziewięć lat nie mogła zobaczyć swoich rodziców, którzy wyemigrowali do USA.

Z hakiem w życiorysie nie było co liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku paszportowego.

fot.Piotr VaGla Waglowski/domena publiczna Z hakiem w życiorysie nie było co liczyć na pozytywne rozpatrzenie wniosku paszportowego.

Muzyk w kamaszach

Często wykorzystywanym przez władze sposobem kontrolowania i karania niepokornych artystów było… powoływanie ich do wojska. Młodych muzyków, którzy nie spełnili jeszcze zaszczytnego obowiązku służby wojskowej, powoływano w szeregi bez względu na prośby i uzasadnienia, że są potrzebni w swoich zespołach.

W takiej sytuacji znalazł się muzyk Czerwonych Gitar Henryk Zomerski, który musiał się nawet z tego powodu ukrywać. Jak relacjonuje we wspomnianej książce Alicja Klenczon, Zomerski na koncerty nie jeździł autobusem z kolegami, ale dojeżdżał własnym samochodem – syrenką – i grał na basie… schowany w wielkim pudle. Występował też pod fikcyjnym nazwiskiem Janusz Horski.

Kochał się w dziewczynie, której nie akceptowała jego matka. Informowała więc WKU, gdzie można znaleźć syna. „W końcu wzięli go do wojska. To stało się w Domu Chłopa w Warszawie, na moich oczach. Przyjechała po niego Żandarmeria Wojskowa i po prostu z autobusu zabrali go w kamasze”, opowiada Alicja Klenczon.

Sprawdzonym sposobem władzy ludowej na kontrolowanie niepokornych artystów było wysyłanie ich w kamasze.

fot. J. Akielaszek/domena publiczna Sprawdzonym sposobem władzy ludowej na kontrolowanie niepokornych artystów było wysyłanie ich w kamasze.

Klenczon unika wojska

Pobór groził także Krzysztofowi Klenczonowi, ale jego ojciec, wykorzystując znajomości w WKU, załatwił mu odroczenie. Później lekarz przyznał mu kategorię zdrowia D, która zwalniała od służby wojskowej. Nie trzeba chyba dodawać, że w rzeczywistości młody muzyk cieszył się świetnym zdrowiem.

„Mój teść miał szerokie kontakty. Znał ordynatora szpitala, aptekarza, sekretarza partii. Krzysztof zaszantażował ojca, że jeśli go wezmą w kamasze, to popełni samobójstwo”, zdradza w książce żona artysty. Poboru nie uniknął natomiast Jerzy Kossela z Niebiesko-Czarnych, który odsłużył w „ludowym” Wojsku Polskim dwa lata (wprawdzie jako bibliotekarz, ale jednak).

Uderzenie po kieszeni

Skuteczną metodą szantażowania artystów w PRL-u były działania wpływające na ich status materialny. Pisarze, poeci, malarze czy muzycy pozostawali w tamtych czasach praktycznie na państwowym garnuszku. Gdy władza uznała, że twórca nie zachowuje się jak należy, to – mówiąc kolokwialnie – dostawał po kieszeni.

Uderzenie artystów po kieszeni było bardzo skutecznym sposobem ich temperowania.

fot.Dawid Skalec/CC BY-SA 3.0 Uderzenie artystów po kieszeni było bardzo skutecznym sposobem ich temperowania.

 

Na muzyków nakładano zakaz koncertowania lub – w wersji łagodniejszej – zakaz intratnych koncertów zagranicznych. Nie pozwalano wydawać płyt lub poważnie zmniejszano ich nakład, blokowano puszczanie piosnek w radiu i telewizji, zabraniano publikowania wywiadów.

Z takim traktowaniem zmagały się niepokorne rockowe zespoły w latach 80. ubiegłego wieku, takich jak KSU, Kobranocka, Kult czy Tzn Xenna. Sposobów na szykanowanie zespołów było zresztą znacznie więcej. W teksty mocno ingerowała cenzura, domagając się zmian, lub odrzucając niektóre z nich. I tak na przykład część nakładu nagranego w 1983 roku singla zespołu Dezerter pod tytułem „Ku przyszłości” została zniszczona właśnie w wyniku interwencji cenzury.

Władzom nie podobały się także niektóre nazwy zespołów. Słynna Brygada Kryzys otrzymała na początku lat 80. propozycję zagrania serii koncertów – pod warunkiem wszakże, że… zmieni nazwę na Brygada K.

 

Niebezpieczne festiwale

Osobnym nadzorem objęto „niebezpieczne” wydarzenia muzyczne, przede wszystkim głośny (dosłownie i w przenośni) festiwal rockowy w Jarocinie. Z jednej strony był on wentylem bezpieczeństwa, pozwalającym skanalizować buntownicze i nonkonformistyczne nastroje młodych ludzi. Władze uznawały bowiem aktywność młodzieży związaną z muzyką za „mniejsze zło niż działalność opozycyjna, polityczna i religijna”.

Z drugiej zaś strony, uważano Jarocin za zjawisko niebezpieczne i – w przypadku braku kontroli – mogące szkodliwie oddziaływać na „zdrową” część młodych ludzi. Festiwal poddano więc „opiece”, na którą składały się między innymi: aktywność oficjalnych organizacji młodzieżowych, cenzura tekstów i inwigilacja uczestników. Z każdego Jarocina milicja i SB przygotowywały dokładne raporty.

Podobnie postępowano z innymi tego typu wydarzeniami muzycznymi. Jak ustalili badacze IPN, jednym ze sposobów pacyfikowania festiwali były występy na nich znanych i akceptowanych przez władze zespołów. Gdy jednak na jednym z takich wydarzeń gry odmówiły: Lombard, Republika i Wanda, w ramach represji nie pozwolono im na wyjazd za granicę i ograniczono nadawanie ich utworów w radiu i telewizji.

Festiwal w Jarocinie miał być wentylem bezpieczeństwa. Bezpieka nie musiała jednak dokładnie wiedzieć co się tam dzieje. Na zdjęciu zespół Siekiera na scenie w Jarocinie.

fot.Mirosław Makowski/CC BY-SA 3.0 Festiwal w Jarocinie miał być wentylem bezpieczeństwa. Bezpieka nie musiała jednak dokładnie wiedzieć co się tam dzieje. Na zdjęciu zespół Siekiera na scenie w Jarocinie.

Być albo nie być

W podobny sposób traktowano niepokornych pisarzy i poetów. Odbierano im stypendia twórcze, nie dawano paszportów, zmniejszano nakłady książek, albo całkowicie zakazywano ich wydawania. A jeśli już jakimś cudem się ukazały, biblioteki dostawały instrukcję, żeby ich nie kupować.

Takie traktowanie spotkało w PRL-u wielu opozycyjnie nastawionych ludzi pióra, by wymienić tylko Pawła Jasienicę, Tadeusza Konwickiego czy poetów Nowej Fali z przełomu lat 60. i 70., a wśród nich Adama Zagajewskiego i Stanisława Barańczaka. W skrajnych przypadkach podpadnięcie władzy oznaczało nie tylko brak środków do życia, ale w ogóle zniknięcie z obiegu publicznego.

Stasi pomoże!

W trudnym dziele inwigilowania artystów Służba Bezpieczeństwa musiała się niekiedy uciekać do pomocy towarzyszy z bratnich krajów socjalistycznych. I tak na przykład w 1983 roku polskie MSW przekazało wschodnioniemieckiej Stasi listę polskich artystów, których należy poddać inwigilacji.

Na liście osób, które na prośbę polskiej bezpieki miała inwigilować Stasi znalazł się między innymi Andrzej Wajda.

fot.domena publiczna Na liście osób, które na prośbę polskiej bezpieki miała inwigilować Stasi znalazł się między innymi Andrzej Wajda.

 

Znaleźli się wśród nich: piosenkarka Izabela Trojanowska, reżyser Andrzej Wajda i aktorka Krystyna Janda, a także literaci – Tomasz Jastrun, Antoni Libera i Marek Nowakowski. Enerdowska bezpieka mocno obawiała się kontaktów polskich artystów z Niemcami. Chodziło o to, by elity intelektualne znad Wisły nie próbowały zaszczepić we wschodnich Niemczech wywrotowych idei „Solidarności”.

Jak w praktyce wyglądała taka inwigilacja? Otóż podczas pobytów na terytorium NRD lub RFN, gdzie Stasi również miała swoją agenturę, wokół polskich artystów pojawiali się tajni współpracownicy. Polscy twórcy byli też poddawani rewizjom przy przekraczaniu niemieckich granic.

Jak więc widać, bycie artystą w PRL-u nie składało się z samych przyjemności. Ówcześni twórcy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcą być posłuszni władzy i korzystać z wynikających stąd profitów, czy też narażać się na szykany i inwigilację. Wybór należał do nich.

Bibliografia:

  1. Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj, Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości, Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.
  2. Twórcy na służbie. W służbie twórczości, red. Sebastian Ligarski, IPN, Warszawa 2013.
  3. Joanna Siedlecka, Kryptonim „Liryka”. Bezpieka wobec literatów, Prószyński i Ska, Warszawa 2008.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2017/06/13/jak-bezpieka-inwigilowala-artystow-w-prl-u/5/

 

KOMENTARZE

  • Ten zaś sam się zgłosił na T.W
    http://www.gowork.pl/blog/wp-content/uploads/2016/07/ho%C5%82dys3.jpg
  • Syndrom spokojnych nóg
    W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

    – Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

    Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

    Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

    Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

    Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

    „Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

    Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

    Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

    Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

    Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.
    http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/06/16/syndrom-spokojnych-nog/
  • @Talbot 18:20:31
    faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach.
  • @Talbot 18:20:31
    O! Pani ''prześcieradło'' wróciła. Umęczona i bezsenna, drgawki w nogach.
    No to jak to jest Pani Babuszewska, niby totalitaryzm - putinizm a SMSy dochodzą.
    Zajęłabyś się może, babo w końcu uczciwą pracą a nie po sieciach jakieś szemrane profile psychologiczne sprzedawać...znachorka, kurza stopa. Spać nie możesz? To idź poskacz na Majdanie może przejdzie.
    O! Żyrika dla Pani na dobranoc.
    Dobranoc.
    https://www.youtube.com/watch?v=kTZSI_55LOA
  • @Husky 21:34:35
    Uff, jak ja nie lubliu takich blagierów :)
    No i zdrowia Ci życzę... bycze.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY