Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
442 posty 4754 komentarze

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

Produkcja broni i gazu łzawiącego pod nosem Niemców.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Historia Edwarda Żółcińskiego

 

Gdyby poszukać postaci fikcyjnej, z którą można by utożsamiać Edwarda Żółcińskiego, prawdopodobnie byłby to Q znany z przygód Jamesa Bonda lub MacGyver z telewizyjnego serialu. Już jako nastolatek pan Edward naprawiał a z czasem również produkował broń dla Powstania Warszawskiego, wcześniej zaś pod samym nosem Niemców, w niemieckiej fabryce, produkował gaz łzawiący na potrzeby małego sabotażu. Zdobywca Nordwache, uczestnik walk na Powiślu, po wojnie wieloletni wykładowca i nauczyciel. Poznajcie historię „Korsarza”.

W niektórych miejscach wspomnienia pana Edwarda z rozmowy z Weszło uzupełniamy jego wypowiedziami spisanymi przez Bogusławę Karczewską w 2005 roku dla Muzeum Powstania Warszawskiego w ramach projektu „Archiwum Historii Mówionej”

***

Naprawdę do Powstania poszedł pan w garniturze i sandałkach? 

To prawda, byłem pod krawatem, w eleganckim stroju i takich „rzymkach”. Wybiegłem z domu tak jak stałem, gdy usłyszałem strzelaniny na ulicy. Zapytałem kogoś, gdzie mają swój punkt zbiorczy, zostawiłem klucze u sąsiadki i pobiegłem. Miałem to szczęście, że byłem uzbrojony – z tym zresztą już od lat nie miałem problemu. Dlaczego? Dlatego, że jeden z moich starszych braci pracował w austriackiej firmie huty stali, to się nazywało Bohlerstahl, czyli stal Bohlera. Magazyny znajdowały się przy ulicy Siennej 88, mój brat był tam kierownikiem. Po tak zwanym Anschlussie, czyli przyłączeniu Austrii do rzeszy, zakład stał się „reichsdeutsche firma”. Ja po znajomości miałem tam wówczas już jedną małą salkę na swój prywatny warsztat, w którym eksperymentowałem. Tam zbudowałem od podstaw tokarkę, co może się wydawać niewiarygodne, bo byłem jeszcze przed 14 urodzinami. Zawsze jednak lubiłem zajmować się takimi rzeczami, fascynowała mnie również chemia i fizyka.

W tym warsztacie zmontował pan sporo przydatnych dla Armii Krajowej narzędzi. 

Pod samym nosem Niemców! Jak już wspomniałem – od Anschlussu to była firma niemiecka, „reichsdeutsche”. Gdy rozpoczęła się wojna, na stanowisku kierowniczym siedział tam „folksdojczyna”, Frelich. Na szczęście dla mnie i moich znajomych – tylko siedział, dosłownie. Nie poruszał się praktycznie w ogóle ze swojego krzesła, nieszczególnie go interesowało, co się w zakładzie dzieje, a już szczególnie, co nastolatek montuje sobie w tym swoim małym warsztaciku. A wtedy każdy starał się jakoś pomóc walczącym. Przynoszono do mnie na przykład dużo broni do naprawy, z czasem zacząłem sam trochę produkować. Powodem do dumy była dla mnie skonstruowana od zera według mojego pomysłu maszyna do dorabiania luf do pistoletów z gwintem w środku, który nadawał ruch obrotowy wystrzelonemu pociskowi. Zrobiłem to od początku do końca sam, przez ścianę z volksdeutschem, który na szczęście niczego nie kontrolował ani nie sprawdzał.

Znał pan ludzi, którzy przynosili broń?

Właśnie nie! Gdybym znał, to może by mnie powstanie nie zastało w garniturze. To odbywało się zawsze w ten sam sposób, ktoś przynosił, dzień dobry, zostawiam to, do widzenia. Ja naprawiałem, wyreperowana broń czekała u mnie, znowu spotkanie, znowu dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Nie wiedziałem kto to jest, po co mu to, jak wykorzysta. To była zresztą bardzo wartościowa cecha naszej konspiracji – im mniej wiesz, tym lepiej. Jeśli cię złapią – choćby nawet obdzierali cię ze skóry, nic z ciebie nie wyciągną, bo zwyczajnie nie masz żadnej wiedzy.

Ta działalność trwała przez cały okres okupacji?

No i rozpoczęła się jeszcze przed wojną. Cały czas na tej samej tokarce i swoich maszynach, które sam skonstruowałem. Później doszedł jeszcze gaz łzawiący, czyli bromoaceton. Też wyrabiałem go w domowych warunkach, nie pamiętam już do końca, jak to wyglądało.

(fragment wspomnień z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego)

Miałem strukturalny wzór chemiczny, a byłem między innymi zapalonym elektrykiem, chemikiem i mechanikiem. Młody człowiek to się potrafi zapalać do różnych zagadnień. I to mi się udało zrobić. I też nie wiem na czyje zlecenie, kto, co. Ale całe laboratorium uruchomiłem w domu. Ale to w ten sposób, że dostępny był w aptekach związek chemiczny NaBr – bromek sodu. Chlorek sodu to sól kuchenna, a to był bromek sodu. To było stosowane jako lekarstwo dla starszych panów. Oni to nazywali po prostu „brom”. W aptece kupiłem tego mnóstwo i z bromku sodu wypędziłem stężonym kwasem solnym wolny brom. Parę bromu kierowałem do rury, którą traktowałem jako reaktor i do tej rury było wejście również wrzącego acetonu. Tam była strefa temperatury wysokiej, później strefa chłodzenia. To, co się skropliło, szło do odbieralnika w postaci słomkowej cieczy, do olejku podobne było, a co się nie skropliło, to szło rurką przez okno na świeże powietrze. Cała kamienica płakała, bo to był gaz łzawiący, tylko nikt nie wiedział dlaczego.

A służyło to do rozpędzania tłumów z kin. Wtedy było takie hasło: „tylko świnie siedzą w kinie”, bo wyświetlali tam filmy niemieckiej propagandy. Zamachowiec brał więc bromoaceton wyprodukowany przeze mnie, wchodził do kina jako jeden z klientów, po czym wylewał to na sali. Wszyscy zaczynali uciekać z kina, oczywiście razem z dywersantem.

Jak kontaktowali się z panem ci ludzie?

Nie było żadnej oficjalnej drogi kontaktu, raczej ten znał tego, tamten znał jeszcze kogoś innego. Ktoś się komuś poskarżył, że mu się zepsuł pistolet, ten powiedział, że ostatnio ktoś mu naprawił. To samo z gazem. Ci, którzy używali tego bromoacetonu, nie wiedzieli, kto go stworzył, pewnie też czasami o tym, kto im go dał. Stąd też wiele osób brało udział w działaniach dywersyjnych mimo braku przynależności do jakiejś konkretnej grupy. Ja też w Armii Krajowej przysięgę złożyłem już podczas powstania, mimo że wcześniej bardzo długo im pomagałem.

A skąd pan brał materiały do tych wyrobów?

Miałem wszystko na miejscu! To były magazyny huty stali, więc jak potrzebowałem – to brałem.

Niemieckie materiały z niemieckiego magazynu przerabiane w pomieszczeniach niemieckiej firmy na broń dla żołnierzy walczących z Niemcami.

Najbezpieczniej! Tam Niemcy nie przyszli robić rewizji, ani razu. Kto by szukał takich zakładów w swojej własnej firmie, pilnowanej przez volskdeutscha.

Tam pracował pan aż do wybuchu powstania?

Tak, potem jeszcze prowadząc z bratem warsztat, dzięki któremu mieliśmy całkiem niezłe zabezpieczenie finansowe. Natomiast jeszcze w okupacji wlazłem, zupełnie nie wiedząc, w co wchodzę, w organizację „Miecz i pług”. A to było potworne świństwo bolszewickie i niemieckie. Na czym to polegało? Gromadzili młodzież chętną do walki z Niemcami na zebraniach, po czym zawiadamiali gestapo. Jedną z osób odpowiedzialnych za tego typu działania był Marceli Nowotko. On miał nawet swoją ulicę w Warszawie! W czasie okupacji już tej kolejnej, bolszewickiej, kiedy mieliśmy tę tak zwaną Polską Rzeczpospolitą Ludową. Odrażający, podły zdrajca. Nie wiem, czy może być bardziej ohydne działanie, niż wykorzystywanie młodzieńczego zapału do walki z okupantem, by następnie wszystkich temu właśnie okupantowi wydać.

Waldemar Łysiak w książce „Najgorszy” opisuje dość dokładnie proceder. Budowa od podstaw organizacji w teorii buntowniczej i rebelianckiej, by w całości ją kontrolować i w razie potrzeby likwidować najbardziej niewygodnych członków. 

Miałem szczęście, że wybuchło powstanie, naprawdę. Może to zabrzmieć dziwnie, niecodziennie, ale mnie naprawdę 1 sierpnia uratował życie. Na 17.00 w moim mieszkaniu było wyznaczone spotkanie tej grupy, członków organizacji „Miecz i pług”. Później dowiedziałem się, że najprawdopodobniej o spotkaniu wiedziało gestapo. Gdyby nie rozpoczęcia powstania, niewykluczone, że już wtedy byłoby po nas. W tej organizacji był też zresztą Zbyszek Cybulski, później znany aktor. Myśleliśmy, że to organizacja patriotyczna, okazało się, że zbrodnicza.

Do spotkania organizacji w ogóle nie doszło?

Przyszedł na spotkanie tylko jeden kolega, z którym o 17 usłyszeliśmy strzelaninę. – Zobaczę, o co chodzi – powiedział i wyszedł. I ani widu, ani słychu, a ja siedzę sam i cuchnę. Czekam na to spotkanie, a za oknami cały czas kanonada i strzelanie. Spojrzałem przez okno, oceniłem sytuację – chyba się zaczęło. Zamknąłem chałupę, oddałem klucze sąsiadce, dmuchnąłem ją w mankiet, poprosiłem, żeby pożegnała ode mnie rodzinę i wyskoczyłem na ulicę. Zapytałem o jakiś punkt, skierowano mnie do grupy porucznika „Klima”. Tak jak stałem – czyli we wspominanym już garniturze i sandałach.

Trafił pan do zgrupowania Chrobry I. 

Tak i niemal od razu na dużą akcję, choć wtedy jeszcze nie znałem nazwy ugrupowania. Nordwache. Siedziba żandarmerii. Róg Chłodnej i Żelaznej.

Skierowano nas tam po dachach, od przyległej kamienicy. Poszliśmy w pięciu. Wleźliśmy tam przez strych. Oni mieli już wtedy sporego pietra i uciekli na dół. Niestety, zostawili zasadzkę. Granat, przy węgarku drzwi, zapalnik wyciągany przyczepiony do drzwi, granat przy futrynie. Trzech nas przeszło, ja byłem trzeci, już za węgarkiem, więc bezpieczny od odłamków. Czwarty jednak padł na miejscu, wszystko poszło w niego. 90 żandarmów zbiegło na dół, zostawiając zasadzkę, która zabiła człowieka tuż za mną. Ja nie potrafię tego inaczej nazwać, jak Opatrzność. Że przeżyłem atak na Nordwache, potem całe powstanie… To była moja pierwsza robota, później zmieniłem zgrupowanie.

(fragment wspomnień z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego)

Ale żandarmi, których było dziewięćdziesięciu, jak się okazało, uciekli na dół, nie czekali na spotkanie z nami. Na dole przeskoczyli przez ulicę Chłodną, bo to był róg Chłodnej i Żelaznej. Naprzeciw żandarmerii, pod firmą „Sommer”, była knajpa. Do tej knajpy uciekło ich czterdziestu, a nasi przyłapali pięćdziesięciu czy odwrotnie, nasi przyłapali czterdziestu, a pięćdziesięciu uciekło, nie pamiętam. Wiem, że było podzielone trochę nie na pół. Tych złapanych na dole nasi odprowadzili do „Haberbuscha” jako jeńców wojennych. Z tym że oni byli później tam wybici. Nie wiem, czy państwo wiedzą, że żołnierzy Wehrmachtu trzymano jako jeńców wojennych, a żandarmów i esesmanów zabijano. Takie były reguły gry i ich też wytłuczono tam. 

Ale po tym były tam dla mnie dosyć przykre i nieładne momenty. (…) Jestem w kuchni, gdzie mam coś spożyć, a tu słyszę alarm, że Niemcy na strychu są. [Zastanawiam się]: „Zaraz, zaraz. Myśmy już ich wykurzyli. No dobrze, a skąd się wzięli?”. Mój dowódca, czyli porucznik „Klim”, mówi: „Pójdziecie, sprawdzicie”. Wiadomo, co to oznacza. Miałem pistolet maszynowy, ale niech teraz pani idzie po schodach i sprawdzi, czy są na górze. Przecież jak ja bym tam był jednym z nich na górze, to bym poczekał, aż ten sprawdzający się zbliży. Wiadomo, że jak będzie nieboszczyk, to znaczy, że Niemcy są. Ale rozkaz jest rozkaz wojskowy. Poszedłem, oblazłem strych naokoło. Zacząłem od miejsca, gdzie jest wyjście na dach. I teraz, [jak] za ten zakamarek wyjrzeć? Czy wyskoczyć od razu, czy delikatnie wyglądać? Udało mi się oblecieć. Całe szczęście, nie było Niemców, dlatego rozmawiamy dzisiaj. Narobiłem wrzasku, że Niemców nie ma. Ale było mi przykro, dlatego że ja byłem ochotnik, który przylazł, a to byli kumple, którzy tam byli, więc kogo wysłać na taką misję, no tego [ochotnika] oczywiście. Jak widać misja się udała. To było jedno nieprzyjemne. Ale rozkaz jest rozkaz. 

Później tenże dowódca zostawił mnie w suterynie mieszkalnej z bardzo dla mnie dziwnym poleceniem: „Słuchajcie, czy Niemcy nie robią wierceń”. „Po co? Jacy Niemcy i jakie wiercenia? Przecież Niemców nie ma, bośmy ich wykurzyli”. Siedzę w tej suterynie mieszkalnej kamienicy, która sąsiadowała z żandarmerią. Może nie wszystko wiedziałem, co się dzieje, bo widziałem to, co się dzieje w zasięgu oka, ale nie dalej. Ale siedzę. A byłem niewyspany. To były już dwie noce, więc mimo że chłopak młody, to łepetyna się kiwa i tak mi się wydaje, że słyszę takie „wrrr”. Coś słyszę, ale nie wiadomo, czy to jawa, czy to sen. Biorę chłopaczka łącznika i mówię: „Poproś dowódcę, bo ja tu coś słyszę podejrzanego”. Przylazł, nasłuchuje: „Niby tak – on też niby coś tam słyszy, niby nie – być może, że wam się zdaje”. I poszedł. To ja znów słyszę to. Jeszcze raz poprosiłem dowódcę. Jeszcze raz nasłuchiwał. Już wyraźnie: „Tak, tak – on też słyszy – ale być może, że wam się zdaje”. Poszedł, a mnie się usnęło. A jak mnie się usnęło, to miałem sen. I znów sen: mój rodzony brat łapie mnie za ramię i mówi: „Edek, wstawaj!”, i mówi wyraźnym głosem. Obudziłem się, ale tak, jak bym resztę jego zdania słyszał i słyszę z daleka głos: „Uciekać, Niemcy wysadzają dom!”. Wyskoczyłem z tej suteryny do przeciwległej suteryny, gdzie było dowództwo i obsługa, sanitariuszki i coś tam – nie ma nikogo. Dziura jest w ścianie fundamentowej z sąsiednią kamienicą przy Żelaznej. Przez tę dziurę wlazłem, patrzę, czy nasi z mojego oddziału [tam są]. Tam ostatni włazi w następną dziurę, która prowadziła na teren posesji zbombardowanej w 1939 roku, a tam już tylko były pagórki gruzów i już brzózki zaczynały sobie wyrastać na tym. Widzę, że oni tam nikną, więc biegnę do nich. Jak byłem pośrodku, a tu [po bokach] były kolumny – bo to było obszerne pomieszczenie z kupą ludności cywilnej – podpierające strop i kiedy byłem na środku, chromotnęło. Wtedy nic nie widziałem, [miałem] pełne usta pyłu od muru, od tynku, od czegoś. Nie było czym oddychać. Smród od materiału wybuchowego. Aż przysiadłem z wrażenia, a ta publika cała, jak magnesem ściągnięta, w jeden kącik się zbiła. Ale ja miałem kierunek nadany, że tam jest dziura i w tę dziurę trafiłem. Na tej zburzonej już posesji w 1939 roku oni ciurkiem szli do Krochmalnej. Dołączyłem do nich i do „Haberbuscha” [poszliśmy]. Wszyscy byliśmy osypani pyłem, tak jak by ktoś zmielonym tynkiem nas posypał wszystkich na kupę. I tak się wszystko bractwo dziwowało, że tacy osypani, a im nic. No, poza tym jednym, co tam padł.

W czasie całej tej akcji moje sandałki rozleciały się w diabły. A ja tu mieszkam przez miedzę. Dowódca główny, od mojego dowódcy jeszcze ważniejszy był – ja tam nie znałem tych ludzi. Mówię, że chcę wymienić buty, bo coś tam i wmieszałem się do jakiejś rozmowy, i następny zgrzyt. Tak mi coś powiedział: „Odteguj się”, coś tam. To już było ponad miarę. Przecież ja byłem na pewno dobrym Polakiem, na pewno rozkaz sprawdzenia wykonałem w pełni poświęcenia, wiedząc, że jak są Niemcy, to już nie będę żył. To wszystko wiedziałem, a tu taka odzywka. Coś bardzo niepomyślnego sobie pomyślałem w duchu. Poszedłem bez żadnego zezwolenia do siebie do domu, przywdziałem buciory takie, że do końca wojny mi powinny wystarczyć, ubrałem się odpowiednio, ale już do tego oddziału nie trafiłem, tylko trafiłem na znajomych i znalazłem się w „Krybarze” wtedy.

 

 

Do „Krybara” trafił pan za sprawą wspólnych znajomych.

Tak, po całej tej sytuacji spotkałem mojego kumpla z Powiśla. Ja nie byłem członkiem Armii Krajowej, nie składałem żadnej przysięgi, więc przeszedłem razem z nim na Powiśle. To była już grupa bojowa „Krybar”, operująca na ulicy Tamka, która idzie pod górę, od Powiśla do Nowego Światu.

Kiedy złożył pan przysięgę i przyjął pseudonim?

Już w „Krybarze”. Przyjąłem pseudonim „Korsarz”, bo to brzmi tak groźnie i niebezpiecznie, a ja przecież byłem typem, który raczej by w życiu nie skrzywdził nawet muchy.

Na Powiślu był pan do końca powstania?

Tak, ale ja pełniłem tam głównie funkcję wartownika na barykadzie. Sam „Krybar” uczestniczył w między innymi w zdobyciu Kościoła Św. Krzyża czy próbach zdobyciu Uniwersytetu. Ja z takich ciekawszych historii mogę opowiedzieć o zdarzeniu przy ulicy Dobrej. Stałem na stanowisku w kamienicy, nie pamiętam tego dokładnie, to był chyba balkonik. Prawdopodobnie z przemęczenia, bo spało się w tamtym okresie niewiele, zasnąłem z bronią w ręku na piętrze, podczas gdy koledzy działali na dole. Obudziłem, nikogo już koło mnie nie było, a zbliżali się Niemcy. Wybiegam na podwórko, a tam już jest ich pełno, jedyna możliwość ucieczki – mur dwa i pół metra. Do dziś nie wiem, jak to przeskoczyłem, lekarz powiedział, że to musiał być tak potężny zastrzyk adrenaliny, że skoczyłem zdecydowanie powyżej swoich możliwości. Sam nie mogłem uwierzyć, że mi się to udało, ale w takich ekstremalnych chwilach organizm płata figle. No i jak zawsze powtarzam – Opatrzność. Jak szliśmy po wodę z kolegą, z takim wielkim kotłem, pod ostrzałem – to nabraliśmy do pełna, a donieśliśmy trochę na dnie. Kocioł podziurawiony jak sito, cała woda wylana, my – bez draśnięcia. Opatrzność!

Coś w tym może być – sam pan starał się nie grzeszyć. Oszczędził pan nawet dwóch Niemców.

Tę sytuację pamiętam całkiem dobrze. Leżałem wtedy w pozycji gotowej do strzału, celując w miejsce, z którego spodziewałem się Niemców. I wychodzi, jeden, skrada się, patrząc się w zupełnie innym kierunku. Włazi mi pod lufę. 15 metrów? Nie było szans, żebym spudłował, gdybym chciał trafić w dziurkę od ucha, to byłaby dziurka od ucha. Trzymam go na muszce. Myślałem – zabić, czy nie zabić? Ale on mnie nie widzi. Jak mnie nie widzi, to to nie jest wojna, tylko zabójstwo. Ja nie jestem żołnierz, tylko zabójca. Gdyby na mnie spojrzał – nie byłoby go. Tak sobie leżę i myślę, a tu wychodzi drugi i idzie za tamtym. Łby im się pokryły. Stanął mi przed oczami afisz, plakat powstańców. Trupia morda w hełmie niemieckim i napis: „każdy pocisk, jeden Niemiec”, zachęcający do oszczędzania amunicji. A tutaj – jeden pocisk, dwóch Niemców! Ale znów – żaden z nich mnie nie widzi. Odpuściłem.

We wspomnieniach wojennych wielokrotnie przewija się ten temat. Że zwycięzcami w historii najczęściej zostają ci, którzy mają po swojej stronie moralność, prędzej, później, ale w końcu to oni triumfują.

Zgadzam się. My się naprawdę bardzo, tak bardzo różniliśmy od Niemców. To jest coś nie do opowiedzenia, co oni wtedy robili. Ja miałem ze swojego balkonu widok na getto żydowskie, na to „małe getto”. Widziałem dobrze, jak się zbierały tam dzieci żydowskie, ba, pamiętam jakie melodie sobie śpiewały. Gdybym miał instrument, to bym może nawet zagrał, co ta dziatwa śpiewała. Widziałem nawet człowieka, którym jak się później okazało był Janusz Korczak. Ale przede wszystkim widziałem, jak ten Niemiec zatłukł o bruk trójkę dzieci. Po prostu, jedno po drugim. One były sparaliżowane strachem, nawet nie uciekały, jakieś 5-latki na oko. Jeden po drugim. Do dziś uważam, że to jest naród zbrodniarzy. Mogą między nimi być porządni ludzie, ale ogół… Ja w swoich powojennych wędrówkach bywałem przyjmowany i przez bardzo porządną rodzinę niemiecką, bardzo przyjaźnie. Ale widziałem ich tylu, że nie dam sobie przetłumaczyć. Szwaby.

Za to dogadał się pan raz z żołnierzem niemieckim. 

Co do kupna broni, tak. To był Austriak, z którym spotkałem się w lasku. Miałem wtedy sporo pieniędzy, więc chciałem kupić broń. Jakoś przekierowano mnie do tego człowieka. Sołdat w niemieckim mundurze. Przedstawia się: Hans Kruger, ein schlechter Deutscher, aber ein guter Osterreicher. Czyli zły Niemiec, ale dobry Austriak. Na co ja do niego: Edward Żółciński, ein schlechter Ziwilizer der Generalgouvernement, aber guter Pole. Zły obywatel Generalnej Guberni, ale dobry Polak. Pośmialiśmy się chwilę, co masz – pistolet. Ty – pieniądze. Wymieniliśmy się i zyskałem kolejną broń. Jakkolwiek spojrzeć – na niemieckim żołnierzu.

Później sam pan produkował nawet granaty. 

Nie pamiętam do końca, jak to wyglądało. Wiem, że pracowaliśmy przy dwóch tokarkach i była to praca naprawdę ważna. Do tego stopnia, że gdy raz złapałem jakieś choróbsko, biegunkę, jedna z obecnych tam kobiet dała mi cały słoik jagód. Towar wybitnie deficytowy, ale zrobili wszystko, żebym tylko mógł dalej stać przy tej tokarce.

(fragment wspomnień z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego)

Pewien czas, jakieś ostatnie dwanaście dni, spędziłem na produkcji granatów – jak już się chwaliłem. Nawet mam tu gdzieś zdjęcie, gdzie wygłaszam odczyt, właśnie tam, gdzie się to odbywało. Bo to był zasięg działania tak zwanej „Obroży”, a nie „Krybara”. Byłem tam tylko oddelegowany jako warsztatowiec do produkcji.
 
Jak się to odbywało. Otóż, młodociane chłopaczki ściągały blachę z rozwalonych kamienic warszawskich, bo bardzo często dachy były kryte blachą nie cynkowaną, tylko cynkową. Bo czym innym jest blacha stalowa pokryta cynkiem, a czym innym blacha cynkowa. Blacha cynkowa służyła jako surowiec do odlewania skorup granatów. Na ulicy Hożej 51 były warsztaty mechaniczne i zbudowane były piece na kształt dymarki przedpotopowej, w której topione były te blachy. Odlewnicy odlewali skorupy granatów obronnych nasiekanych, złożonych z działek. Te skorupy były obrabiane. Sztuka polegała na tym, że planowane było wejście do tej skorupy i robiony otwór pod gwint. Nie były toczone gwinty na tokarce, bo szkoda było tą machinę marnować i tokarza, czyli mnie i jeszcze jednego (dlaczego szkoda, to zaraz powiem). A za to dla dwóch tokarzy, którzy tylko zrzucali skorupy przewiercone i splanowane… I zatoczyliśmy korki, które trzeba było jeszcze później nagwintować i wywiercić. Później już stado ślusarzy ręcznie gwintowało, żeby już nie zajmować czasu tokarzowi. Korki też [gwintowano] ręcznie, krzywo się czasem wkręcał, ale to było mało istotne. To była wytwórnia granatów. Do tego jeszcze chemicy tam urzędowali.

Dlaczego ręcznie były niektóre operacje robione. Bo dwie tokarki były zasilane agregatem złożonym z silnika samochodowego i prądnicy trójfazowej. To wystarczyło na zasilenie dwóch tokarek, więc nie można było sobie pozwolić, żeby tam ucznia tokarskiego postawić. To musiał być ktoś, kto robi bardzo szybko, a ja do takich już należałem wtedy. I jeszcze jeden był, nie pamiętam jego personaliów. My byliśmy dwaj bohaterowie. Nawet się stołowaliśmy w kuchni dla oficerów, którą prowadziły zakonnice. Przez ścianę był zakon jakichś sióstr na tym terenie. Mam zdjęcie, jak prowadzę tam prelekcję i tam uczestnicy Powstania słuchają, jak to było z granatami, ale bym się za dużo rozgadywał na tematy techniczne. 

Pracował pan tam aż do kapitulacji.

Tak, zastała mnie na Tamka. Można było opuścić naszą bazę zlokalizowaną na tamtej ulicy albo jako jeniec wojenny, żołnierz, albo jako cywil. Ja uznałem, że większe szanse będę miał jako cywil. Miałem jeszcze świeży ślad na nodze, od postrzału jeszcze przed powstaniem, paskudne rozcięcie i pocisk tkwiący w kości skokowej. Chirurg, który robił mi wtedy operację pytał nawet, czy chcę to zachować w ukryciu. Powiedziałem, że nie, żeby go nie narażać, ale też z uwagi na moje dobro. Trzeba było zawiadomić granatową policję. Był u mnie funkcjonariusz, spisał moje zeznanie, że jako przechodzień dostałem kulkę w nogę przy zakładach Norblina. Wydłubali mi ten pocisk, zaszyli, została szrama. Wychodziłem więc nie tylko jako cywil, ale i przypadkowa ofiara. Trafiłem do obozu przejściowego do Pruszkowa.

Tam zgrywałem cholernie kulawego. Laska, gdy nikt nie patrzył – jako dekoracja, gdy patrzyli – jakbym nigdy miał już bez laski nigdzie nie pójść. Podkładkę do tego kuśtykania miałem – ślad na nodze. Wyglądałem na kalekę.

W Pruszkowie prowadzono podział, zdolni do pracy i cała reszta.

I od razu wykombinowałem, że tych kaleków będą inaczej pilnowali. Od początku planowałem stamtąd czmychnąć, więc mocno starałem się o trafienie do tej drugiej grupy, a potem o wyczekanie odpowiedniego momentu.

Najpierw jednak zorganizował pan kiełbasę? 

Tak, i to jak! Miałem wówczas nadal bardzo dużo pieniędzy a w obozie, nawet przejściowym, zawsze było bardzo mało jedzenia. Zapakowano nas do wagonów węglowych, które miały nas przewieźć dalej, nie wiedzieliśmy dokąd. Staliśmy tam jednak spory kawałek czasu, więc stanąłem tak, by widzieć płot, który oddzielał nasze wagony od przylegających posesji. Byliśmy w węglarkach, więc leżały jakieś małe kawałki węgla. Brałem je, zawijałem w banknoty, w „górale”, czyli 500tki, najdroższy banknot w czasie okupacji. Tak opakowany kawałek węgla rzucałem za parkan. Raz. Drugi. Trzeci. W końcu pokazuje się gęba chłopaczka. I rzuca kiełbasą! I o to właśnie chodziło. Handel wymienny. Cały wagon się ucieszył, bo kasy mi nie brakowało.

Skąd pan właściwie miał tyle pieniędzy?

Prowadziłem przez cały okres okupacji warsztat, razem z bratem. Byłem zamożny chłopak, choć wciąż bardzo młody. Bo w ogóle byłem trochę „wcześniak”, poszedłem do szkoły jako 6-latek. Wtedy były szkoły powszechne, tak się nazywały, nauka zaczynała się w pierwszym oddziale dla 7-latków. Ja jako 6-latek poszedłem od razu do oddziału drugiego, czyli miałem dwa lata zapasu. Nazywali mnie kajtek, bo poza tym, że wszyscy w klasie byli dwa lata starsi, to jeszcze ja do dzisiaj jestem dość niewielkich wymiarów. W wieku 12 lat zdobyłem wojskowe mistrzostwo strzeleckie w Warszawie, udzielałem się w Związku Strzeleckim, w tak zwanym Związku Orląt. Potem prowadziłem ten zakład, w salce w magazynach huty stali, a równolegle warsztat z bratem. Stać mnie było na takie oryginalne kupowanie kiełbasy.

Z tego pociągu zresztą i tak pan uciekł.

Tak, w Piotrkowie. Umówiłem się z chłopakiem, który był z tamtych stron.

(fragment wspomnień z Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego)

Później chciałem zebrać jakichś wspólników do ucieczki, ale kto – [ktoś] z ręką na samolocie albo jakaś stara babcia będzie ze mną uciekała. Nie ma chętnych. Ale jeden się nazywał Bogusław Gier i był z Piotrkowa Trybunalskiego. W Piotrkowie zatrzymał się cały skład pociągu, a dopiero pierwszy brzask się zaczynał. Jeszcze było ciemno, ale wiadomo było, że za chwilę będzie widno. Jeden pan starszy mówi: „Panie, powiedz temu wachmanowi, żeby mnie wypuścił, bo muszę się wypróżnić”. To mówię wachmanowi, że jest jeden dziadek – teraz jestem trochę starszy od tego, którego nazywałem dziadkiem wtedy – który musi iść na stronę. „Nie wolno”. Mówię: „Panie, pociąg stoi. My go tu spuścimy. Przecież on nie ucieknie nigdzie. Potem wciągniemy go z powrotem”. „Ano” – łaskawie się zgodził. Upatrzyłem sobie tego Bogusława Giera, który był z Piotrkowa. Jesteśmy w Piotrkowie. Myślę, że teraz to będzie ze mną zwiewał na pewno, bo on tu mieszka. To żeśmy spuścili tego dziadka na jedną stronę wagonu. Zanim on się tam rozkulbaczył, to właśnie ten sołdat na niego się gapił wtedy. A my na drugą stronę hop z tym piotrkowianinem i przez tory. 

Trafiliśmy do dróżnika, który od razu jak nas zobaczył, to krzyknął: „chodźta”. Dostaliśmy tyle jedzenia, że dawno się tak nie najadłem, a przy tym człowiek nie chciał od nas żadnych pieniędzy. Fantastycznie nas przyjął. Następnie włóczyłem się po tym Piotrkowie – wyglądało to tak, że szedłem do restauracji, jadłem dobry obiad, po czym spacerowałem tak długo, aż zgłodniałem. I wtedy drugi obiad. Po powstaniu trzeba było odbudować masę. Były tam bowiem i takie momenty, że jak znaleźliśmy kawałek kompletnie przeżartego przez robaki chleba, to ugotowaliśmy na tym zupę – wrzuciliśmy, żeby się wszystko wygotowało, poszło z tego trochę tłuszczu… No, urozmaicona kuchnia. Tutaj po tych wszystkich obiadach ruszyłem w kierunku Radomia. Miałem tam rodzinę i w końcu osiadłem na dłużej.

Jako nauczyciel?

Założyciel szkoły! Wtedy szkoły powszechne można było tworzyć tylko w miastach 100 tysięcy mieszkańców. To jest zresztą zbrodnia okupantów nie do zmierzenia pieniędzmi, bo wtedy niesamowicie szerzył się analfabetyzm. My mieliśmy to szczęście, że zorganizowaliśmy tam szkołę od podstaw, klasą była izba, w której mieszkali najpierw moi dziadkowie, później rodzice. Tam chłopi zrobili ławki własnej roboty, ja byłem nauczyciel. Potem doszedł były kierownik szkoły powszechnej – mój wuj. Mój wujcio zdołał zwiać z Polesia, gdzie gonili go bolszewicy, od razu po dojechaniu na miejsce stał się moim wspólnikiem przy tej szkole, bo i tym zajmował się wcześniej. Co ważne – choć oceny były w zeszytach i na kartkach, po zakończeniu wojny naszym uczniom zaliczono ten rok pracy między moim przyjazdem a latem 1945 roku, ich świadectwa wypisywane ręcznie przez nas na zwykłym papierze były honorowane tak, jak oficjalne papiery 12 miesięcy później. Potem uczyłem jeszcze na wyższych uczelniach, w Wawelbergu, na Politechnice Warszawskiej, w Wieczorowej Szkole Inżynierskiej, gdzie prowadziłem pracownię fizyki doświadczalnej.

Nie miał pan problemów przez działalność w AK?

Nie przyznawałem się. Kiedyś miałem takie sympatyczne spotkanie z ich „oficjarem” na jakiejś komisji. Zapytał, taka polszczyzna u nich była. „A w AK byli, a?”. „Nieee”. „A możet wy zabyli, a?”. Mówię: nie. A miałem jeszcze w zanadrzu swój stały numer, że udawałem kulawego, co było cały czas nieprawdą. Puścili mnie. Trudno, żeby taki połamaniec był powstańcem. Kontrolowali mnie później regularnie, ale zawsze miałem wymówki. Najgorzej było chyba z pogodzeniem pracy w szkole, już wtedy oficjalnej, z prowadzeniem warsztatu – bo jaki to przykład daje krwiopijca prywaciarz dzieciom. Mój brat za to się ukrywał. Dziadek zmontował kryjówkę, podwójna ściana szczytowa i tajny strych. Cztery lata tam siedział.

***

Już pod Radomiem, gdy byłem u rodziny na wsi, dokąd uciekłem z transportu, spotkałem Niemca. Było to dokładnie tak: ciemna noc, wszyscy śpią, ktoś łomocze do drzwi. Stoi obdartus w niemieckim mundurze i mówi: kleb. Wiedział, jak się u nas pisze chleb, ale ch on czyta jako k. No to mówię mu: „kommen sie herein”, wejdź do środka. Potraktowałem go tam… kolacją. Dostał jedzenie, nawtranżalał się, dostał jeszcze kapotę, żeby zakryć jakoś ten mundur i poszedł dalej. Ja jestem chłopak wierzący. „Nie zabijaj”. Gdyby mi zagrażał – wtedy tak. Ale zabijać go z zemsty, bezbronnego, po to, żeby mieć jednego więcej na sumieniu? Po co? To uciekinier.

Tak się właśnie zemściłem na Niemcach.

ZASZCZYT WYSŁUCHAĆ MIAŁ JAKUB OLKIEWICZ

 

http://weszlo.com/2017/08/26/produkcja-broni-gazu-lzawiacego-nosem-niemcow-historia-edwarda-zolcinskiego/

KOMENTARZE

  • Hybrydowa wojna Niemiec z Polską!
    Berlin walczy o odzyskanie wpływów w Polsce utraconych wraz z odejściem rządu PO-PSL

    https://warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/ec87454a6bb95343109e5eb66b2228de_L.jpg

    Początki niemieckiej wojny propagandowej wobec Polski sięgają czasu, gdy prezydentem Polski został Lech Kaczyński, a PiS sformułowało nowy rząd. Niemieckie media zaczęły wówczas frontalny atak na braci Kaczyńskich usiłując ich zdyskredytować na arenie międzynarodowej. Symbolem tych ataków była publikacja niemieckiego „Tageszeitung”, w której obu braci Kaczyńskich określono mianem „nowych polskich kartofli” i „złodziejaszków, którzy chcą zawładnąć światem" – pisze na łamach najnowszego numeru tygodnika Warszawska Gazeta Leszek Pietrzak.

    Jak zaznacza autor:

    – Nie jest wcale tak, że „demokratyczne” i „suwerenne” niemieckie media samowolnie toczą wojnę z polskim rządem i partią Jarosława Kaczyńskiego. Dyspozycje w tej wojnie wydaje bezpośrednio otoczenie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel. W praktyce wygląda to tak, że ludzie z jej najbliższego otoczenia co jakiś czas organizują zamknięte spotkania z przedstawicielami niemieckich mediów – czytamy w Warszawskiej Gazecie.

    Pietrzak wskazuje:

    – Przy okładkowym artykule zatytułowanym „Świat znalazł się na krawędzi” zamieszczona została wówczas fotografia przedstawiająca prezesa PiS w towarzystwie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, premiera Węgier Victora Orbana, brytyjskiego posła do PE Nigela Farage’a oraz przywódczyni francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen. Wszyscy wymienieni ubrani byli na fotografii w nazistowskie mundury i przyozdobieni nazistowskimi swastykami.

    Koniecznie przeczytajcie cały ważny i szokujący tekst w najnowszym numerze tygodnika Warszawska Gazeta!
  • Idzie wojna? Niemcy potajemnie zwożą ogromne ilości złota do kraju
    https://www.koniec-swiata.org/wp-content/uploads/2017/08/Niemcy-z%C5%82oto-590x418.jpg

    Ciężarówki bezpiecznie przewiozły złoto z Paryża do Frankfurtu. Niemcy przetransportowały równocześnie 300 ton złota z Nowego Jorku. Transport złota był jedną z pilniej strzeżonych tajemnic w kraju.

    Dopiero, gdy wszystkie sztaby zamknięto w bezpiecznym miejscu, władze poinformowały opinię publiczną o transporcie.

    Dlaczego Niemcy przechowują złoto w innych krajach? To pozostałości po czasach zimnej wojny, kiedy to rząd niemiecki w obawie przed ewentualnym najazdem ze strony ZSRR zdecydował, by część złota wywieźć z kraju. Najwięcej cennegu kruszcu trafiło wtedy do Nowego Jorku.

    Trzymaliśmy transport w tajemnicy, by nie budzić zbędnych podejrzeń. To także kwestia bezpieczeństwa konwoju. Po przyjęciu złota sprawdziliśmy też jego właściwości. Nie mieliśmy zastrzeżeń co do jakości czy wagi – skomentował Carl-Ludwig Thiele, członek rady Banku Narodowego Niemiec.

    Niemcy od lat przechowywały swoje złoto w różnych miejscach. W 2013 roku władze postanowiły to zmienić i przetransportować min 50 proc. oszczędności do skarbca we Frankfurcie. Operacja przewożenia złota ma trwać do końca 2020 roku. Sam tylko transport pochłonął już 7,7 mln euro – donosi thelocal.de.

    Niemcy to drugi największy posiadacz złota na świecie. Nasz zachodni sąsiad ma 3378 ton tego kruszcu w postaci 270 tys. sztab. Ponad 1200 ton niemieckiego złota nadal znajduje się w USA, a 432 w Londynie.
    źródło: wrealu24.pl

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

ULUBIENI AUTORZY