Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
702 posty 5924 komentarze

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

Kącik patriotyczny - Oczami Wroga

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Polskie podziemie w wybranych raportach NKWD

 

Dokumenty sporządzone przez wroga należą bez wątpienia do najbardziej wartościowych źródeł wiedzy na temat działalności podziemia niepodległościowego w okresie powojennego powstania antykomunistycznego. Przetrzymywane w tajemnicy przez lata, stopniowo docierają do szerszego grona odbiorców za pośrednictwem historyków mających dostęp do strzeżonych archiwów.

Z jednej strony demonstrują przekrojowo powodzenia oraz porażki polskich partyzantów, z drugiej zaś stanowią świadectwo metod narzucania Polakom obcej, moskiewskiej władzy. Raporty NKWD to nie tylko mało znane dane oraz statystyki. To także polscy bohaterowie opisywani przez najgroźniejszą z wrogich służb, mającą na celu zduszenie oporu w zniewolonym narodzie.

Obecność NKWD na ziemiach polskich bezpośrednio po wojnie powodowana była oczywiście brakiem rzeczywistego i wystarczającego poparcia dla rządów komunistycznych, co wiązało się z nasiloną aktywnością polskiego podziemia niepodległościowego. Z raportów możemy dowiedzieć się, jak dalece w swej służalczości posuwali się przedstawiciele tzw. władzy ludowej, aby zachować uzyskaną pozycję. Jak napisał minister spraw wewnętrznych ZSRR i wysokiej rangi oficer NKWD Siergiej Krugałow w swym raporcie do Ławrientija Berii z października 1946 r. znajdującym się w tzw. Teczce Stalina: „Przeprowadziłem zgodnie z Pańskim poleceniem rozmowy z prezydentem RP Bierutem na temat wycofania z Polski 64. Dywizji NKWD. Prezydent Bierut uważa, że w obecnej sytuacji wojska MSW są koniecznie potrzebne, i prosi o pozostawienie ich w Polsce do marca 1947 r. Proszę o Pańską decyzję”. Należy w tym miejscu zaznaczyć, że 64. Zbiorcza Dywizja Wojsk Wewnętrznych NKWD była jedną z formacji niemal wyłącznie nastawionych na walkę z polskim podziemiem. Błagania Bieruta o jej dalsze pozostawienie na terenie powojennej Polski doskonale ukazują, jak istotna była obecność wrogich służb bezpieczeństwa dla utrzymania się komunistów przy władzy. Krugałow podawał, że wspomniana dywizja NKWD jest wykorzystywana „do walki z bandytyzmem i wykonywania różnych zadań operacyjnych”.

Ciekawe jednak, że owi „bandyci” nawet w raportach niemal zawsze noszą mundury Wojska Polskiego. Potwierdza to zwłaszcza dokument sporządzony przez ppłk. Michajłowa z czerwca 1946 r. o rejonach działania podziemia zbrojnego. Wyróżniono w nim 68 różnych oddziałów partyzanckich, z których znaczna część wciąż jest należycie umundurowana. Czytamy m.in.:

W okolicy powiatu Tuchola operuje banda AK licząca około 60 osób, na czele której stoi bandyta Gołowiak [Jan Głowiak ps. „Głowacki” – przyp. M.B.]. Banda uzbrojona jest w karabiny, pistolety maszynowe i granaty. Większość członków tej bandy nosi mundury Wojska Polskiego. W okolicy miasta Olsztyn działa banda NSZ licząca około 50 osób, przywódca nieznany; ubrani w mundury Wojska Polskiego, są uzbrojeni w pistolety maszynowe i pistolety ręczne. W okolicy Zambrowa w powiecie Łomża działa grupa bandycka NSZ licząca 30 osób, kierowana przez bandytę „Dziadek” [Zachariasz Tarnowski ps. „Dziadek” – M.B.]. Banda jest uzbrojona w jeden ręczny karabin maszynowy, karabinki, pistolety maszynowe, granaty i pistolety. Bandyci są ubrani w mundury Wojska Polskiego.

Przykłady z raportu można byłoby mnożyć. O skali oporu świadczy także poziom represji zastosowanej przez enkawudzistów. Z niesygnowanego raportu z działalności NKWD znajdującego się w Centralnym Archiwum Wojskowym datowanego na listopad 1946 r. wynika, że w latach 1945–1946 64. Zbiorcza Dywizja Wojsk Wewnętrznych NKWD aresztowała na terenie Polski prawie 50 tys. osób, a półtora tysiąca zabiła w walkach!

Powyższe dane potwierdzają wyjątkowo szeroki zakres działań wrogich służb. NKWD zmierzało do jak najszybszego spacyfikowania polskiego społeczeństwa, dlatego też rosyjskie dowództwo nie przebierało w środkach. Nieprzyjaciel zdawał sobie sprawę z rozbudowanego ruchu oporu, mającego swoje zaplecze polityczne. Płk Lubiatow – jeden z oficerów Sztabu Wojsk NKWD ds. Ochrony Tyłów Północnej Grupy Wojsk Sowieckich – pisał w marcu 1946 r.:

 

Sytuacja w Polsce charakteryzuje się nasileniem działalności reakcji przeciwko polskiemu tymczasowemu rządowi jedności narodowej, jego przedstawicielom i organom bezpieczeństwa oraz przeciwko Związkowi Sowieckiemu Armii Czerwonej i jej żołnierzom. Reakcja polska utworzyła i umocniła duże podziemne formacje wojskowe, które kierowane są przez partie polityczne, tak w samej Polsce, jak i przez ośrodki zagraniczne. Wystąpienia bandyckie tych wydzielonych przez podziemie reakcyjne grup mają miejsce w większej lub mniejszej skali na całym obszarze Polski. Szczególnie aktywni okazywali się w ostatnim okresie w województwach: białostockim, mazurskim, warszawskim, łódzkim, poznańskim, lubelskim, kieleckim i rzeszowskim.

Wszystkie używane przez oficerów NKWD sformułowania, takie jak: reakcja, bandy czy bandyci, kryją pod sobą w rzeczywistości polskich partyzantów niepodległościowego podziemia, którzy stawiali opór narzuconej ze Wschodu władzy komunistycznej. Nomenklatura wrogich raportów przeniknęła także do dokumentów sporządzonych równolegle przez Urząd Bezpieczeństwa. Komuniści w kreowanej przez siebie dokumentacji sami jednak zdradzali, że tak zwany przez nich „bandytyzm” niewiele miał wspólnego z działalnością kryminalną, lecz ukierunkowany był na walkę z czerwonym reżimem oraz wpływami sowieckimi w Polsce.

Intensywność podejmowanych przez NKWD akcji bojowych oraz analiza nastrojów polskiego społeczeństwa prowadzi jednoznacznie do wniosku, że zarówno na poziomie centralnym, jak i w środowiskach lokalnych niezbędne było daleko idące zaangażowanie sił rosyjskich w celu ustanowienia komunistycznych rządów na terenie Polski. Polscy komuniści nigdy nie byliby w stanie przejąć władzy, gdyby nie wsparcie ze strony Armii Czerwonej oraz dobrze wyszkolonych enkawudzistów.

Patrząc na raporty z innej perspektywy, widzimy zarazem, jak wiele oddziałów partyzanckich walczyło przeciwko narzuconemu reżimowi w różnych częściach kraju. Można powiedzieć, że wiele danych oraz informacji zawartych w raportach NKWD stanowi pomnik polskiego bohaterstwa w bojach o niepodległość kraju. Przejawiają się w nich niejednokrotnie znani nam dowódcy, jak choćby Zygmunt Szendzielarz „Łupaszko”, których akcje polegające na rozbrajaniu posterunków milicji, rozstrzeliwaniu sowieckich oficerów czy przejmowaniu transportów broni ujawnia m.in. ppłk Michajłow. Możemy być tylko dumni, że żołnierze polskiego podziemia tak bardzo dali się funkcjonariuszom NKWD we znaki.

Szkoda jedynie, że wciąż wiele dokumentów enkawudowskich pozostaje owianych tajemnicą. Dotarcie do nich z pewnością wzbogaciłoby naszą wiedzę na temat okoliczności przejmowania władzy w powojennej Polsce przez ludzi z moskiewskiego nadania.

Cytowane raporty zgromadzono w zbiorze: NKWD o Polsce i Polakach – rekonesans archiwalny.

 

Napisane przez Maciej Bełc

 

https://polskaniepodlegla.pl/magazyn-patriotyczny/item/13491-oczami-wroga-polskie-podziemie-w-wybranych-raportach-nkwd

KOMENTARZE

  • 88 urodziny zwyrodnialca i UB-eckiego kata : Zbigniewa Domino.
    Skazywał na śmierć Polską Młodzież,podpisywał wyroki śmierci na Wyklętych,UWIELBIAŁ obserwować egzekucje Bohaterów z Dywizjonu 304.
    Żyje do dziś w Rzeszowie.

    https://pbs.twimg.com/media/DRly6n7WkAAM9dp.jpg
  • Polskie Matrioszki Kremla
    http://www.bezc.pl/images/articles/medium/4645a0a1f99ba3cd50f64db2b63bc471.jpg


    Ilu Rosjan po 1945 r. udawało Polaków?

    Matrioszka to drewniana rosyjska zabawka, składająca się z lalek wydrążonych w środku i włożonych jedna w drugą. Jest też symbolem Rosji. Tak powszechnie zrozumiałym, że w ten sposób zaczęto nazywać rosyjskich nielegałów, czy też jak kto woli, śpiochów. To doskonale wykształceni oficerowie sowieckiego, a później rosyjskiego wywiadu, którzy prowadzą podwójne życie, udając lojalnych obywateli kraju, w którym żyją. Sprawa nie jest teorią zwolenników spiskowej wersji dziejów. W Polsce po 1989 r. wykryto kilkanaście „matrioszek” (jedna z nich sama zgłosiła się do polskich służb). Historycy spekulują jednak, że tuż po wojnie, korzystając z zamieszania i śmierci milionów ludzi, Polaków zaczęło udawać nawet kilkuset oficerów sowieckich służb. Część potem pojechała na zachód, traktując polski epizod jako obowiązkowy element budowania fałszywej tożsamości. Część jednak została w kraju i zrobiła ogromne kariery. W wydanej kilka tygodni temu książce „Czas Nielegałów. Krótki kurs kontrwywiadu dla amatorów” (wyd. Fronda) pułkownik Piotr Wroński, były oficer Służby Bezpieczeństwa, a później Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu (odszedł ze służby w 2008 r.) postawił hipotezę, że „matrioszką” mógł być sam gen. Czesław Kiszczak, architekt III RP, wieloletni człowiek cienia i spec od mokrej roboty w PRL-u. Według niektórych historyków, oficer prowadzący agenta sowieckiej wojskowej informacji ps. Wolski – późniejszego generała i dyktatora PRL Wojciecha Jaruzelskiego. Nota bene sam Jaruzelski był przedmiotem plotek, iż jest „matrioszką”. Tak silnych, że dementowała je publicznie jego własna córka. Zaprzeczenia i próby wykpienia nikogo nie przekonały, ale w internecie kwitną strony, na których pokazane są trzy zdjęcia z dzieciństwa Jaruzelskiego: dwa z nich zdecydowanie się od siebie różnią. Prawdę można rozstrzygnąć tylko testem DNA.

    Częściowe odciski palców

    Wroński nie wymienia nazwiska Kiszczaka, ale podaje wystarczająco dużo faktów, abyśmy nie mieli wątpliwości, o kim pisze. Na wszelki wypadek zmienia parę szczegółów (dokładne miejsce urodzenia itp.), ale całość nie pozostawia złudzeń.


    Najpierw dość dokładnie opisuje (zapewne z wiedzy lub operacyjnych plotek, a może jest to zwykła hipoteza) historię dziecka, nazywa go Sieriożą, z białoruskiej wioski, które w dzieciństwie osłuchało się z językami polskim, białoruskim, jidysz. Jak dużo dzieci w latach 30., chłopiec stał się sierotą i trafił do domu dla dzieci wrogów ludu. Tam został zauważony jego lingwistyczny talent i wkrótce znalazł się w podmoskiewskim ośrodku, gdzie rozpoczęło się jego szkolenie na janczara Związku Sowieckiego. Na tych lekcjach wpajano mu nie tylko miłość do Kraju Rad, ale rozwijano znajomość języka polskiego, polskiej kultury i historii (oczywiście z sowieckiej perspektywy). Później nauczono go zasad walki tajnych służb, dywersji, jak zmagać się z wrogami sowieckiego państwa. W pewnym momencie zaprzestano tej nauki i skoncentrowano się na przyuczeniu młodego człowieka do bycia Polakiem 24 godziny na dobę. Zakazano mówić po rosyjsku.


    Po tym wstępie płk Wroński opisuje historię swojego głównego bohatera „Cz.”. Urodził się w małym miasteczku na południu Polski, blisko granicy z Niemcami. Jego ojciec był robotnikiem. „W latach trzydziestych Cz. cierpiał trochę biedę, bo jego ojca zwolniono z pracy. Podobno brał udział w strajku robotników” – pisze Wroński. Podobnie było oczywiście w wypadku ojca gen. Kiszczaka. Cz., też podobnie jak Kiszczak, został skierowany na roboty do Wrocławia. Później uciekł i w niejasnych okolicznościach trafił do Wiednia, gdzie zaczęła się jego wielka kariera. Wroński sugeruje, że prawdziwy Kiszczak został przejęty przez Rosjan, a jego miejsce zajął podobny człowiek. Podkreśla oczywiście, że to scenariusz, a nie zapis historyczny. Później opisuje wielką karierę Cz. w strukturach PRL. „Wrócił do Polski, skończył szkołę PPR, służył w wojsku, w Informacji Wojskowej, pojechał na misję zagraniczną, w końcu został szefem wojskowych służb specjalnych, ministrem i wicepremierem. Zorganizował rozmowy z opozycją i długo żył spokojnie na emeryturze” – pisze Wroński.
    „Na krótko przed śmiercią obudził się w nim Sierioża. Przypomniał sobie Czepietowo, sąsiadów, ikony w rodzinnej chacie. (…) Gdy zmarł, Sierioża znów się w nim odezwał i pochowano go na prawosławnym cmentarzu z pełnym prawosławnym obrządkiem” – pisze Wroński. Czesława Kiszczaka też nieoczekiwanie pochowano na cmentarzu prawosławnym.
    Słabym punktem tej opowieści jest rodzina Czesława Kiszczaka, która przeżyła wojnę. Wroński przytomnie zauważa, że istnienie jakieś rodziny powojennej nie jest przekonującym dowodem na nieprawdziwość hipotezy o „matrioszce”. „Podobnie jest z rodziną generała Cz., która praktycznie jest całkowicie pomijana w oficjalnie dostępnych biografiach. Czy był jedynakiem? Miał dziadków? Innych krewnych? Cisza”. (…) Ocaleni mogli też zostać odpowiednio potraktowani przez NKWD. Trzeba przecież zabezpieczyć naszego nielegała przed dekonspiracją. W tym frontowym bałaganie i tak cała wina spadnie na Niemców” – pisze Wroński.
    Jednak bez przeprowadzenia badań DNA trudno rozstrzygnąć, czy scenariusz Wrońskiego jest prawdziwy. Błyskawiczna kariera Kiszczaka na początku PRL – już w 1946 r. był pracownikiem misji wojskowej w Londynie - daje do myślenia. W początkach sowieckiej Polski takie kariery mogli robić tylko naprawdę zaufani i wypróbowani komunistyczni działacze.
    Zresztą, zdaniem Wrońskiego, w wypadku Kiszczaka (Cz. w książce), Rosjanie popełnili błąd, przyznając mu Order Wojny Ojczyźnianej I Stopnia. To order, który dostawało się za konkretne czyny bohaterskie. „W biografii Cz. nie ma nic wskazującego na jego pobyt na froncie i walkę wraz z Armią Czerwoną lub „berlingowcami”. Chyba że Cz. jeszcze jako Sieroża odznaczył się w boju” – spekuluje Wroński.

    Bierutów dwóch
    Znacznie więcej jest relacji dowodzących, że „matrioszką”, przynajmniej w jakimś momencie, był Bolesław Bierut. „Są silne poszlaki, by twierdzić, że zrzucony w 1943 r. do Polski Bierut nie był przedwojennym Bolesławem Bierutem, ale agentem sowieckim, dublerem Bieruta. Prawdziwy Bierut został zrzucony później i przez jakiś czas działali wspólnie” – mówił w 2007 r. wybitny historyk, prof. Paweł Wieczorkiewicz. Tę hipotezę prof. Wieczorkiewicz opiera na minimum dwóch źródłach: przedśmiertnej relacji Piotra Jaroszewicza, opublikowanej przez Bohdana Rolińskiego, a także relacji, dość dobrze opartej na źródłach, że prawdziwy Bierut został zamordowany w 1947 r. w Krakowie. „Oficer ochrony prezydenta opisuje zamach na Bieruta w Hotelu Francuskim w Krakowie. Zabójca miał mundur pułkownika NKWD i został zastrzelony przez ochroniarzy. Stwierdzono śmierć prezydenta, a po pół godzinie przybywa Bierut i mówi, że nic się nie stało. Do tego dochodzą opowieści otoczenia Bieruta mówiące, że bardzo się zmienił, inaczej się zachowuje, prawie nie poznaje ludzi” – opowiadał prof. Wieczorkiewicz dodając, że Jaroszewicz, sam będący sowieckim agentem, wiedział o czym mówi. Kolejną poszlaką jest fakt, że po 1943 r. gdy Bierut wrócił do Polski, zerwał kontakty z żoną Janiną Górzyńską.

    Śmierć gen. Karola Świerczewskiego łączona jest właśnie z faktem, iż miał on ogromną wiedzę, na temat umieszczonych w Polsce „matrioszek”. Wersja o śmierci w zasadzce ukraińskiej partyzantki jest dziś mało wiarygodna. Pytanie dotyczy raczej prawdziwych powodów likwidacji legendarnego „Waltera”, a te mogły mieć przyziemne podstawy chęci zabezpieczenia agentury. Akurat Świerczewski był tym, za kogo się podawał: Polakiem wysługującym się Sowietom.
    --------------
    Więcej w najnowszej "Historii Bez Cenzury".

    http://www.bezc.pl/artykul/105/polskie-matrioszki-kremla
  • nierzetelna ocena neon 24
    po wpisaniu swojej oceny artykułu o 16:25 nastąpiła bardzo ciekawa reakcja ze strony "liczydła" Neon24 !?
    wystawiłem max 5 dla artykułu ,a średnia ocena spadała.
    Osobiście artykuł oceniam na 5
  • @Husky 20:50:07
    Ktoś zabrania "komukolwiek" odstrzelić gościa?
    Z nagrodą w postaci 25 lat darmowego wiktu i szybkiej obsługi medycznej.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY