Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
704 posty 5932 komentarze

Talbot

Talbot - Całym sercem strzeżmy dziedzictwa Narodu

„No comment”

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

– odpowiada izraelski MSZ na temat rosyjskich dyplomatów

 

 

Izrael odmówił komentarza w sprawie poniedziałkowego wydalenia rosyjskich dyplomatów z wielu krajów na całym świecie.

Izraelski Haaretz.com poinformował, że „No comment” było odpowiedzią Ministerstwa Spraw Zagranicznych na temat decyzji Stanów Zjednoczonych, Kanady i blisko 20 europejskich krajów, które łącznie wydaliły ponad 100 rosyjskich dyplomatów. Rosja została posądzona przez te kraje o zatrucie byłego szpiega w Wielkiej Brytanii.

Kreml obwinia USA i Wielką Brytanię za ten chemiczny atak.

Izrael dwa tygodnie temu wydał pierwsze oświadczenie potępiające użycie broni chemicznej, gazu nerwowego klasy wojskowej w zamachu na byłego rosyjskiego szpiega i jego córkę w Anglii. Jednak w swoim oświadczeniu Izrael nie wymienił Rosji po imieniu.

Wielka Brytania wyraziła niezadowolenie z takiego oświadczenia Izraela: „Oczekujemy silnych deklaracji poparcia od wszystkich naszych bliskich partnerów, w tym Izraela”, powiedzieli urzędnicy w Ambasadzie Brytyjskiej w Izraelu.

Interesujące, że dla przykładu Polska skoczyła na rosyjskiego niedźwiedzia niezwłocznie dołączając do silniejszych jak by nie było krajów. Szkoda, że nadwiślański rząd nie zapytał Londynu, czy z powodu poparcia ich przez Polskę nie zechcieliby Anglicy zwróci chociaż część przetrzymywanego bezprawnie polskiego złota? A może poszło już pod zastaw na rosnące długi zaciągane przez kolejne uchodzące za polskie rządy.

wg/PCO
2018.03.26

 

  • Ilustracja tytułowa: Spotkanie premiera Izraela Benjamina Netanyahu z prezydentem Rosji Vladimirem Putinem w Soczi nad Morzem Czarnym. Fot. Alexei Nikolsky / AP, za: haaretz.com

 

  , 2018.03.26.

KOMENTARZE

  • Dlaczego tak łatwo nas ogłupić?
    https://a1.warszawskagazeta.pl/media/k2/items/cache/42bb003c23700e936cc1d2cdc7468fda_L.jpg

    Jednym z największych pragnień trawiących ludzkość od zawsze jest libido veritatis – pożądanie prawdy. Człowiek, przynajmniej ten obcujący na co dzień z wytworami kultury łacińskiej, uważał, że uznawanie fałszywych obrazów za rzeczywistość, życie w matriksie to jedna z najprzykrzejszych form zniewolenia. „Prawda was wyzwoli”, mówi Pismo Święte i nikt bardziej niż Europejczyk nie wziął sobie tego wezwania do serca.

    Klasyczna definicja prawdy pochodzi od Arystotelesa i oznacza ona zgodność sądów z rzeczywistym stanem rzeczy, którego ten sąd dotyczy. Arystoteles tak próbował przybliżać istotę prawdy w swojej Metafizyce: „Powiedzieć, że istnieje, o czymś, czego nie ma, jest fałszem. Powiedzieć o tym, co jest, że jest, a o tym, czego nie ma, że go nie ma, jest prawdą”.

    Jest jeszcze jeden czynnik, który należy wziąć pod uwagę – prawda istnieje obiektywnie, podobnie jak rzeczywistość, której dotyczy. Coś jest prawdziwe nie dlatego, że osoba głosząca dany sąd jest lepsza, mądrzejsza, piękniejsza, bardziej wygadana, a nieprawdziwe, bo wypowiadający opinię to człowiek znikąd, w dodatku z trudem budujący zdania oznajmujące. Podobnie jest z rzeczywistością, która nie staje się bardziej realna przez to, że uważamy ją za piękniejszą bądź przyjemniejszą, a mniej istniejąca (jeśli się tak można wyrazić) bądź zgoła w ogóle jej nie ma, ponieważ nie odpowiada naszemu poczuciu smaku, sprawiedliwości et caetera.



    Nie musisz wierzyć we wszystko, co przeczytasz

    Biorąc pod uwagę fakt, że często na temat jakiegoś wydarzenia, jakiejś rzeczywistości, zwłaszcza mającej swoje miejsce w czasach odległych, pojawiają się bardzo różne opinie, niektóre „umysły roztargnione”, jak pisze o nich filozof Bronisław Łagowski, wyciągają wniosek, że prawdziwa wiedza na ich temat nie istnieje. Mało tego, twierdzą, że obiektywna prawda o rzeczywistości jest niepoznawalna. Niezależnie, czy dotyczy wydarzeń sprzed 100 lat czy sprzed niedawna. „Inaczej niż definicje, które dla wszystkich znaczą to samo, rzeczy realne zmieniają wygląd zależnie od miejsca, z jakiego są oglądane. Jest to do tego stopnia regułą, że wieloaspektowość można śmiało uznać za kryterium realności, za cechę odróżniającą rzeczywistość od tworów abstrakcji”, pisał wspomniany autor w książce Co jest lepsze od prawdy? (1986). W samej rzeczy, nikt, kto posiada elementarną wiedzę z geometrii, nie będzie kwestionował prawdziwości stwierdzenia, że suma kątów w trójkącie wynosi 180⁰. Tu nie grozi nam sytuacja wielości na ten temat opinii czy poglądów. Niezależnie, jak byśmy kaprysili i jak bardzo byłoby to nam nie na rękę – przez punkt może przebiegać nieskończenie wiele prostych, żeby podać inny przykład. Natomiast może istnieć mnogość opinii, sądów, mniemań na temat pani nauczycielki od matematyki, która przekazała uczniom przykładowo podane tu definicje. Ale właśnie dlatego matematyczka istnieje rzeczywiście, a podane przez nią zjawiska są pojęciami abstrakcyjnymi – nigdy odwrotnie.

    Anna Hunt, dziennikarka strony internetowej Waking Times, zauważyła rzecz tyleż istotną, co bezsporną. W dzisiejszych czasach mamy kłopot z nadmiarem informacji. Żyjemy w świecie coraz bardziej zapośredniczonym. Nasza wiedza o rzeczywistości coraz rzadziej bazuje na bezpośrednim kontakcie z faktami, coraz częściej pochodzi z przekazywanych nam o nich danych. „Dzisiaj większość naszych przekonań rodzi się na podstawie treści przekazywanych nam z zewnątrz, coraz mniej spośród nich to wiedza z pierwszej ręki. Kiedyś ludzie polegali na swoich bezpośrednich doświadczeniach, obecnie bardziej polegamy na języku oraz naszej zdolności do oddzielenia prawdy od fałszu”. Dzisiejszy człowiek skłonny jest zaufać źródłom informacji niewiadomego pochodzenia, nie tracąc czasu na to, aby zbadać prawdziwość przekazywanych mu nowych idei oraz wiadomości. Nie spieszy, aby samemu zweryfikować przekazywane mu treści. „Jaki jest powód tej niezwykłej łatwowierności i czy potrafimy nad nią zapanować?”, pyta Anna Hunt.

    Chcąc odpowiedzieć na te pytania, dziennikarka sięgnęła po pracę badawczą trzech uczonych z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanowego w Austin w Teksasie. Wyniki badań zostały opublikowane w „Journal of Personality and Social Psychology”, w sierpniu 1993. Daniel T. Gilbert, Romin W. Tafarodi oraz Patrick S. Malone zaczęli swój artykuł od uwag ogólnych, jak na uczonych przystało, aby później przejść do opisu swoich eksperymentów i konkluzji, do jakich w wyniku swych badań doszli.

    Naukowcy przytoczyli opinię Kartezjusza, XVII-wiecznego francuskiego filozofa, który stwierdził: „Jeśli pragniesz poznać prawdę, nie powinieneś wierzyć w dane stwierdzenie, dopóki nie znajdziesz dowodu, który potwierdzi jego słuszność”. Od tego czasu, a minęło już 300 lat od pojawienia się cytowanego stwierdzenia, sąd francuskiego myśliciela jest podstawową zasadą współczesnej nauki. „Każdy może głosić dowolne hipotezy, ale można je przyjąć dopiero wtedy, gdy mają oparcie w faktach”. Innymi słowy, filozof uważa, że ludzie nie muszą wierzyć we wszystko, co przeczytają. Podobnie zdrowa nieufność charakteryzuje współczesną demokrację. Pierwsza poprawka, z grudnia 1791 r., do konstytucji USA, gwarantująca wolność słowa jest oparta na „kartezjańskiej psychologii”.



    Czy żyjemy w gigantycznym domu towarowym?

    John Stuart Mill, jeden z twórców liberalizmu, argumentował, że ludzie tylko wówczas będą mogli osiągnąć prawdę, kiedy w ich społeczności można będzie głosić, badać i analizować wszystkie idee – tak prawdziwe, jak fałszywe. Mill kwestionował poglądy zakładające, że jeśli dopuści się do głosu krzewicieli fałszu, to wówczas słuchacze mogą zostać zwiedzeni do poglądów, które są szkodliwe społecznie. Argumentował on, że istnieje też dobra strona fałszywych opinii, niektóre z nich zawierają bowiem pewne elementy prawdy, a nade wszystko nieprawdziwe stwierdzenia skłaniają obrońców prawdy do baczniejszego przyjrzenia się poglądom, które sami głoszą, uściślenia wyznawanych twierdzeń, jaśniejszego ich wyrażenia. Poza tym, mówi angielski myśliciel, nic złego nie może wyniknąć z pojawienia się fałszywych doktryn na „rynku idei”, ponieważ ludzie wykształceni są w stanie sami ocenić wartość funkcjonujących w przestrzeni społecznej poglądów. „Rynek idei funkcjonuje na tym samym założeniu psychologicznym co rynek samochodów czy świeżych owoców: jeśli ludzie chcą toyot lub chevroletów, albo małych zielonych jabłek, to je kupią. Jeśli nie, to przejdą obok”.

    Ryszard Legutko porównuje do „gigantycznego domu towarowego” taki obraz świata, w którym „ludzi nie zmusza się do kupowania tego, co jest aktualnie modne bądź zalecane przez jakąś instytucję autorytarną”. W takim świecie brak jest etycznej hierarchii, nakazującej producentom, co mają produkować, a klientom – w jakie dobra winni się zaopatrywać. Tylko kto chciałby zamieszkać w domu towarowym? Kończy swój wywód Legutko w pracy Etyka absolutna i społeczeństwo otwarte (1994).



    Nie myślę, więc jestem?

    Czy psychologiczne założenie, leżące u podstaw zarówno wolnego rynku przedmiotów, jak idei jest poprawne?, zastanawiają się z kolei uczeni z Austin. Czy idee rzeczywiście tworzą wolny rynek? Czy człowiek jest w stanie dokładnie zbadać wartość oferowanego mu na rynku idei „towaru”? Czy ludzie zdolni są do sceptycyzmu, który wymagany jest w nauce oraz na wolnym rynku idei, gdzie wystawić można każdy pomysł, zarówno wartościowy, jak też szkodliwy dla społeczeństwa?

    Anna Hunt zauważa, że wprawdzie pomysły bazujące w nauce na Kartezjuszu, a w polityce na przemyśleniach Milla brzmią rozsądnie, to przecież praktyka, zwłaszcza w tym drugim przypadku, znacznie odbiega od teorii. „Większość z nas uważa, że jest w stanie samodzielnie ocenić pomysły oraz wybrać te najrozsądniejsze. Ale czy na pewno? Kiedy po raz ostatni poświęciłeś czas, aby poszukać dowodów, które pomogłyby ci w świadomym przyjęciu bądź odrzuceniu nowych pomysłów?”

    I nie chodzi tu o treści błahe, przypadkowo dostrzeżone fakty w prasie czy na stronie internetowej. „Chodzi o idee, o których się mówi codziennie i którymi codziennie jest się atakowanym”. Zalew informacji powoduje, że nie mamy po prostu fizycznych możliwości, aby każdą z nich sprawdzić, zbadać jej wiarygodność. Poza tym mamy szereg idei, założeń, systemów wartości, które są z nami od urodzenia. Od najmłodszych lat wdraża się nas w określony sposób widzenia świata. I obraz ten, nie zawsze prawdziwy, uznajemy za rzeczywisty, a elementy, z których jest zbudowany, traktujemy jako fakty niezaprzeczalne. Mimo że nie poświęciliśmy zbyt wiele czasu na to, aby przeanalizować je pod kątem ich zgodności z rzeczywistością.

    Właśnie wtedy, gdy w początkowym okresie naszego życia przyjmujemy zasady, prawa i systemy wartości, które później określają nasze zachowania i stoją za naszymi z pozoru świadomymi wyborami, nasze umysły są zbyt niedojrzałe, aby podsuwane nam idee poddać nie tylko gruntownej, ale jakiejkolwiek analizie i refleksji. „Tworzymy fundamenty naszych poglądów politycznych i ról obywatelskich. Co ważniejsze, dostosowujemy się do trwałych idei autorytetu i zachowań zgodnych ze społecznym oczekiwaniem. Ostatecznie, przyjmujemy od społeczeństwa pogląd na to, co to znaczy być człowiekiem”. I wszystko to dzieje się bez większego udziału naszej świadomości, bez jakiegokolwiek z naszej strony badania, czy przekazane treści są prawdziwe, czy odpowiadają naszemu charakterowi, czy są użyteczne i sprzyjają naszemu rozwojowi, czy wprost przeciwnie – tłumią energię, sprowadzają na intelektualne, etyczne, społeczne manowce.



    Sceptycyzm towar cenny, ale deficytowy

    Jeśli mielibyśmy trzymać się określenia „rynek idei”, na którym dokonujemy zakupów różnych pomysłów, to wówczas należałoby stwierdzić, że towar z etykietką „sceptycyzm” nie pojawia się zbyt często na półkach „gigantycznego domu towarowego”. A jeśli już się na nim znajdzie, nie może liczyć na zbyt dużą liczbę klientów.

    Kartezjusz mówił, że poznanie oraz wiara to dwa oddzielne akty. Innymi słowy – człowiek może zrozumieć dane zjawisko, ale nie musi w nie uwierzyć i przyjąć jako prawdziwe. Na przykład ktoś może doskonale rozumieć racje stojące za teoriami spisku, ale nie oznacza to, że uznaje ich prawdziwość. Ktoś, np. słynny sowietolog Alain Besançon, może doskonale pojmować komunizm, ale jednocześnie odrzucać jego idee, uważając, w tym wypadku, że są zbrodnicze. Możemy powiedzieć, że stwierdzenie XVII-wiecznego francuskiego filozofa zgodne jest ze zdrowym rozsądkiem, dlatego chętnie przyznajemy w tym miejscu rację autorowi słynnego „Myślę, więc jestem”.

    Jednak uczeni z Uniwersytetu Stanowego Austin zwrócili uwagę, że nie wszyscy myśliciele zaakceptowali tę, zdawać się mogło, zdroworozsądkową tezę René Descartes’a. Jego polemistą był współczesny mu Baruch Spinoza z Niderlandów. Mędrzec odrzucił doktrynę Kartezjusza, stwierdzając, że „rozumienie” i „wierzenie” to dwa różne słowa, ale na określenie jednej i tej samej umysłowej operacji. Filozof uważał, że podział na „rozumienie” i „wierzenie” jest psychologiczną fikcją. Akt rozumienia jest tym samym co akt uwierzenia. Dlatego ludzie nie są w stanie powstrzymać się od akceptacji rzeczy, idei, zjawisk, które są dla nich zrozumiałe.

    Człowiek może zmienić swoje nastawienie po zaakceptowaniu tego, co zrozumiał, ale nie jest w stanie przeciwstawić się tej akceptacji, która niejako automatycznie pojawia się wraz ze zrozumieniem. Akceptacja jest czynnością bierną i nieuniknioną, podczas gdy odrzucenie tego, co zostało już przez nas zaakceptowane, wymaga aktywności, wysiłku, czyli walki z wygodnymi ideami, mitami, przyzwyczajeniami, uważa Baruch Spinoza.

    Podjęcie energicznych kroków w celu zakwestionowania tego, co jest nam już znane i przez nas akceptowane, wymaga dużej pracy poznawczej, m.in. zgromadzenia różnych, często sprzecznych ze sobą dowodów, spośród których musimy sami wybrać te najbardziej do nas przemawiające.



    Zrozumiałe oznacza prawdziwe

    Badania przeprowadzone przez Daniela T. Gilberta oraz jego zespół z uniwersytetu w Teksasie pokazują, że nasz umysł skłonny jest do uwierzenia we wszystkie stwierdzenia, które rozumie. Teksańscy uczeni doszli do takiego wniosku po przeprowadzeniu eksperymentu, w którym przedstawili badanej grupie zestaw prawdziwych i fałszywych twierdzeń na temat przestępstwa. Badacze poprosili jedną grupę, aby przeczytała tekst, odszukując jednocześnie znajdujące się w nim cyfry 5 oraz obliczyła ich liczbę. Druga grupa miała tylko przeczytać tekst. Następnie poproszono uczestników z obu grup, aby przypomniały sobie, które z przeczytanych zdań były prawdziwe, a które fałszywe.

    Okazało się, że osoby, które wraz z lekturą tekstu musiały również wyszukać znajdujące się w nim cyfry i obliczyć ich liczbę, częściej przypominały sobie fałszywe stwierdzenia jako prawdziwe. Natomiast sytuacja odwrotna nie zachodziła. „Tak więc Gilbert i jego współpracownicy wykazali, że ludzie w znaczącym stopniu są skłonni wierzyć, że fikcyjne stwierdzenia są prawdziwe. Zwłaszcza gdy ich uwaga jest rozproszona, w tym wypadku z powodu konieczności dokonania obliczeń podczas lektury. Potwierdzało to tezę Spinozy, że ludzie o wiele bardziej skłonni są uwierzyć w idee, niż wykazywać gotowość do ich negacji. Jednocześnie wynik badania pozwala stwierdzić, że rozproszenie uwagi utrudnia nam krytyczną ocenę nowych informacji”. Stąd pojawia się pytanie, czy naprawdę zdolni jesteśmy do sceptycyzmu w warunkach współczesnego świata, gdy nasza uwaga rozpraszana jest nieustannie przez napierające na nas zewsząd coraz to nowe dane.

    Dzisiejszy świat nas po prostu rozprasza. Jest zbyt szybki, głośny i przytłaczający. Łączy z życiem ludzi, którzy mieszkają bardzo daleko od nas, zasypuje informacjami, które najczęściej nie mają związku z naszym tu i teraz i nie powinny wpływać na nasz odbiór rzeczywistości, a jednak wpływają, chociażby angażując naszą uwagę, której nie starcza później na zainteresowanie się tematami ważniejszymi dla naszej codziennej egzystencji.

    Dlatego nie powinniśmy przejmować się natarczywymi reklamami, próbującymi ukierunkować nasze myśli na sprawy błahe. Których ważność jest sztucznie wyolbrzymiana. Ich znaczenie dla nas jest żadne, natomiast ważne jest dla reklamodawców. I tylko dla nich. W sytuacji ciągłego ataku medialnego jazgotu na nasze zmysły i korę mózgową nie jesteśmy w stanie zebrać myśli. Podjąć rozsądnych, przemyślanych decyzji. Działamy pod wpływem impulsów. Najczęściej jest to impuls strachu – jeśli nie zrobię tego, do czego zachęca mnie nadawca nachalnie lansowanego przekazu, to na tym stracę: zachoruję, umrę, a w najlepszym wypadku jakaś superokazja przejdzie mi koło nosa.



    Wierzyć, ale nie od razu! Albo: wątpię, więc jestem

    Zarówno Spinoza w XVII w., jak i współcześni badacze z Teksasu sugerują, że „wiara jest pierwsza, przychodzi łatwo i nieubłaganie, a wątpliwość jest czymś, co może (chociaż nie musi) pojawić się później, jest trudna i nie zawsze odnosi sukces”.

    Daniel T. Gilbert, Romin W. Tafarodi oraz Patrick S. Malone piszą we wspomnianym artykule z 1993 r.: „Akceptacja może być czynnością bierną i nieuniknioną, podczas gdy odrzucenie zawsze jest aktywne i zakłada wysiłek włożony w wycofanie się z przyjętej wcześniej tezy. Najistotniejszym wnioskiem jest to, że jeśli coś powstrzyma daną osobę przed cofnięciem swojej dotychczasowej akceptacji, wówczas będzie ona nadal utrzymywać, że to, w co wierzy, jest słuszne, nawet gdy jest ono w sposób oczywisty fałszywe. Jeśli ktoś powie jej, że stosowany w ołówkach ołów zagraża jej zdrowiu, wówczas osoba ta natychmiast uwierzy w przekaz. I dopiero później może nastąpić »kontrakcja« odrzucająca to stwierdzenie. Jednak wymagać ona będzie podjęcia wysiłku poznawczego. I jeśli coś uniemożliwi dokonanie tego wysiłku, wówczas osoba nadal będzie wierzyła, że ołówki niosą śmierć”.

    Dlatego reklama jest tak skutecznym środkiem perswazji. Twórcy reklam wiedzą, że gdy zapoznajemy się z nimi, najczęściej jesteśmy w jakimś stopniu rozproszeni, jadąc samochodem, czytając informacje, oglądając jakiś program. Niektórzy psychologowie uważają, że reklamodawcy dobierają się do naszego umysłu bez naszej wiedzy i zgody, skłaniając do przyjmowania rzeczy bądź pomysłów, których w normalnej sytuacji, czyli po zastanowieniu się, nigdy byśmy nie zaakceptowali.

    Dokładnie te same mechanizmy można zastosować w polityce, szkołach, mediach. Czy wszystkie te jednostki również narzucają nam swoje punkty widzenia bez naszej świadomości? Czy mózg jest naprawdę tak bardzo naiwny?

    Gilbert i jego współpracownicy piszą, że ludzie mają jednak możliwości, aby opierać się przed przyjęciem fałszywych idei. Jednak muszą zostać spełnione trzy warunki: zdolność logicznego myślenia, posiadanie prawdziwych informacji oraz silną motywację i zdolności poznawcze.

    Niestety to, co nazywamy „zdolnościami poznawczymi” oraz co uznajemy za prawdziwe informacje, jest w dużym stopniu kształtowane przez system edukacji, media oraz wspólnoty, do których należymy. Dlatego społeczeństwo w pewnym stopniu kontroluje nasze zdolności odróżniania prawdy od fałszu.

    Co w takiej sytuacji należy czynić? Przede wszystkim uświadomić sobie tę, opisaną przez uczonych, właściwość naszego umysłu, który, jak się okazuje, jest dość łatwowierny. Następnie wychodząc z założenia o łatwowierności umysłu, należy, wzorem Kartezjusza, stosować „metodyczne wątpienie”, tzn. jak najczęściej poddawać zestaw informacji uważanych za „powszechnie uznane” uważnej analizie, sięgając w tym celu do różnych źródeł informacji. Im bardziej wmawiają nam media i przeróżne autorytety, że coś jest prawdziwe, wartościowe i jedynie słuszne, tym bardziej powinniśmy się zastanowić nad tym, czy przekazywane nam informacje, pomysły, mody są rzeczywiście warte tego, abyśmy oddali im swoje serce i swój umysł.



    http://www.wakingtimes.com/2018/02/16/science-behind-people-easily-fooled/

    http://www.danielgilbert.com/Gilbert%20et%20al%20(EVERYTHING%20YOU%20READ).pdf

    Napisane przez dr Robert Kościelny

    https://warszawskagazeta.pl/teoria-spisku/item/5522-dlaczego-tak-latwo-nas-oglupic
  • Czy żyjemy w gigantycznym domu towarowym?
    https://cdnpl2.img.sputniknews.com/images/727/69/7276999.jpg

    Czym jeździ Moskwa

    Specjaliści z agencji analitycznej Awtostat sporządzili ranking najbardziej popularnych aut na rosyjskim rynku motoryzacyjnym.

    Jak poinformowano na stronie internetowej Awtostatu, według stanu na początek roku po ulicach Moskwy jeździło 3,71 mln samochodów osobowych. 83% rynku motoryzacyjnego przypada na zagraniczne marki, reszta – na auta produkcji rosyjskiej.

    Ranking otwiera Ford Focus. W Moskwie zarejestrowano 89,4 tys. aut tej marki. Drugie miejsca zajął Hyundai Solaris (84,9 tys.). Według ekspertów w najbliższym czasie ten model może stać się liderem stołecznego parku samochodowego. Pierwszą trójkę zamyka KIA Rio (70,7 tys.).

    Skoda Octavia była czwarta. Miejsca od 5. po 8. zajęły auta rodzimej produkcji: LADA 2107, LADA 2106, LADA 2105 i LADA 2104. W pierwszej dziesiątce znalazły się też Volkswagen Polo (9. miejsce) i Nissan X-Trail (10. miejsce).

    https://pl.sputniknews.com/swiat/201803267637006-sputnik-rosja-moskwa-ranking-samochod/
  • Mój sąsiad, rasowy rusofob, jeszcze bardziej zacietrzewiony niż Ty,
    co dziwne, nie wierzy w winę Rosji: powiedział mi dzisiaj, że "sowiecki wywiad jak już morduje, to cicho i sprawnie, nie zostawiając śladu i nie sowieckim gazem aby zostawić pieczątkę, że to oni".
    To ja mu mówię, że przecież wielcy tego świata uważają, że to Rosjanie.
    A on na to, że oni nie pamiętają co to są sowieci, teraz jak sowieci odmachną, to te pedały tylko kwiczeć będą!
    A ja na to, e tam, przecież wojny nie będzie.
    To on na to, że po mistrzostwach Putin się zemści. Te jełopy wszystko robią na odwrót, jakby byli agentami Putina.
    To ja na to, no dobra, zobaczymy jak będzie, dajmy sobie spokój z tą polityką.( bo widziałem, że sąsiad się czerwieni ze złości a już miał jeden zawał)

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

ULUBIENI AUTORZY